NA WSCHÓD I W NIEZNANE
Życie Polaków zesłanych do Kazachstanu w czasie II wojny światowej

Prezentacja ma na celu przybliżyć losy Polaków zesłanych do Kazachstanu w czasie czterech wielkich operacji deportacyjnych zorganizowanych przez władze sowieckie w latach 1940–41. Zapleczem źródłowym prezentacji są materiały archiwalne pochodzące z Archiwum Wschodniego Ośrodka KARTA: fragmenty wspomnień z zesłania, listy pisane z Kazachstanu do rodziny i przyjaciół mieszkających w Polsce, dokumenty repatriacyjne, wiersze, rysunki, fotografie oraz fragmenty nagrań dźwiękowych.

20 marca 1942, Maukent, Kazachska SRR. Przejście przez rzekę



Czym były deportacje

Czym były deportacje?
Rezultatem paktu Ribbentrop–Mołotow z 1939 roku był podział terytorium Polski między ZSRR i III Rzeszę. Na terenach zajętych przez Sowietów zachodziły intensywne przemiany polityczne, gospodarcze i społeczne, w których dużą rolę odgrywał terror. Jedną z form represji były przymusowe przemieszczenia ludności. Historyk prof. Stanisław Ciesielski podaje najczęściej spotykane w pracach badaczy ujęcia deportacji, zesłania i wysłania. Deportacje to „przymusowe wysiedlenia wielkich grup ludności do oddalonych miejscowości w trybie postanowienia administracyjnego bądź sądowego lub w rezultacie zastosowania terroru”, zesłania to „przymusowe osiedlenia we wskazanym miejscu, często połączone z obowiązkiem pracy, jako następstwo wyroku sądowego lub decyzji administracyjnej”, natomiast wysłania to „przymusowe wydalenia z miejsc dotychczasowego zamieszkania osób uznanych za niebezpieczne, połączone z zakazem przebywania w pewnych miejscowościach”. Masowe deportacje na szeroką skalę zostały wykorzystane przez władze sowieckie, zwłaszcza w okresie dyktatury stalinowskiej. Można podzielić je na dwie grupy: przymusowe przesiedlenia całych narodowości mieszkających na terenie ZSRR (Niemców, Tatarów krymskich, Kałmuków) oraz pewnych grup ludności na podstawie kryteriów społecznych i politycznych, z pominięciem narodowościowych, także z terenów anektowanych do ZSRR.

Skala przesiedleń w głąb ZSRR
W latach 1940–41 władze sowieckie przeprowadziły cztery wielkie operacje deportacyjne z okupowanych ziem: w lutym, kwietniu i czerwcu 1940 oraz w maju–czerwcu 1941. Liczbę Polaków deportowanych w głąb ZSRR szacuje się na 309–327 tysięcy, spośród nich zaś ponad 80 tysięcy zostało wywiezionych do Kazachstanu. Wywózką zostały objęte rodziny mieszkające głównie na Kresach Wschodnich.

Cztery wielkie operacje deportacyjne
Pierwszą deportację przeprowadzono 10 lutego 1940. Deportowanymi byli głównie osadnicy wojskowi, cywilni koloniści i pracownicy służby leśnej z rodzinami. Przesiedlono wtedy łącznie około 140 tysięcy osób, z czego Polacy stanowili większość (około 82%). Deportowanych rozsiedlono po siedemnastu obwodach, krajach i republikach autonomicznych Rosyjskiej FSRR oraz w Kazachstanie (ponad 5,5 tysiąca osób). Ponad połowę deportowanych stanowiły kobiety i dzieci. Akcja z 13 kwietnia 1940 objęła rodziny osób aresztowanych przez NKWD oraz rodziny jeńców uwięzionych w obozach, między innymi w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku. Wszystkie deportowane w jej czasie osoby, a było ich około 61 tysięcy, przesiedlono do Kazachskiej SRR. Rozsiedlono je po obwodach: aktiubińskim, akmolińskim, kustanajskim, pawłodarskim, północnokazachstańskim i semipałatyńskim. Wśród zesłanych znów przeważały kobiety i dzieci oraz osoby w podeszłym wieku. Przesiedlonych skierowano do pracy w kołchozach (58%), sowchozach (28%), a pozostali mieli pracować w osiedlach robotniczych różnych przedsiębiorstw rolnych. Deportowani pochodzili z miast, nie byli przygotowani do życia w surowym klimacie i spartańskich warunkach ani do ciężkiej fizycznej pracy. Deportacja przeprowadzona w czerwcu 1940 dotyczyła wysiedlenia uchodźców pochodzących z Polski centralnej i zachodniej, tzw. bieżeńców. Przesiedlono wtedy łącznie około 80 tysięcy osób, głównie do obwodu archangielskiego i Komi ASRR, a także do Maryjskiej ASRR oraz obwodów wołogodzkiego i mołotowskiego. Wśród przesiedlonych było 11% Polaków. Czwarta deportacja przebiegała w kilku turach w maju i czerwcu 1941. Akcja dotyczyła wysiedlenia z terenów inkorporowanych do ZSRR „niepożądanych” obywateli, takich jak kontrrewolucjoniści, byli kapitaliści, urzędnicy byłych rządów burżuazyjnych, kryminaliści i prostytutki. Z Mołdawii, Litwy, Łotwy, Estonii, tzw. Zachodniej Ukrainy i tzw. Zachodniej Białorusi wywieziono wówczas 87–91 tysięcy osób. Liczbę wywiezionych Polaków szacuje się w granicach 34–44 tysięcy, w tym około 15,5 tysiąca trafiło do Kazachstanu.

Jak przebiegały deportacje?
Sposób przeprowadzenia akcji wysiedleńczej ustalały dyrektywy NKWD. Instrukcje określały drogę dojścia do poszczególnych domów i transportu do punktów zbornych. W razie buntowniczej postawy wysiedlanych na trasie miały być rozlokowane rezerwowe oddziały milicji. Operacje miały zaczynać się w nocy lub o świcie, grupa operacyjna była zobowiązana zgromadzić rodzinę w jednym pomieszczeniu, sprawdzić listę, a następnie zrobić rewizję w celu znalezienia broni. Deportowanych należało zawiadomić o tym, że są przesiedlani w inne rejony ZSRR. Deportowani mogli zabrać do 500 kilogramów bagażu ogółem na rodzinę. Grupy operacyjne miały następnie dostarczyć rodziny do punktu zbornego i „załadować” do pociągu. W wagonach powinno znaleźć się 25–30 osób wraz z bagażem, a w trakcie transportu miały być zapewnione ciepłe posiłki i opieka medyczna. Wspomnienia i dzienniki zesłanych są świadectwem tego, jak dalece praktyka rozmijała się z powyższymi instrukcjami. Możliwość zabrania większego lub mniejszego bagażu, a także czas potrzebny na spakowanie się zależały od dobrej woli funkcjonariusza. Zdarzało się, że deportowani niekiedy mieli na spakowanie jedynie kilka minut, a czasem nie mogli wziąć ze sobą zupełnie nic, nawet porcji jedzenia na drogę. Stosunek funkcjonariuszy bywał różny: czasem doradzali co zabrać, ale bywali też brutalni i rabowali cenniejsze dobra przesiedlanych. W trakcie przewozu wydawanie żywności i wody odbywało się nieregularnie, a zesłani niekiedy musieli liczyć na własne siły i zdobywać wodę podczas postojów, licząc się z tym, że pociąg może ruszyć w każdej chwili bez nich. Ogrzanie wagonów w trakcie zimowych deportacji, podobnie jak opieka medyczna pozostały postulatami tylko na papierze. Skutkiem wychłodzenia i chorób były przypadki śmiertelne, głównie dzieci i osób starszych.

Jak wyglądało życie na zesłaniu?
Wraz z wysiedleniem deportowani tracili cały lub niemal cały majątek: domy i mieszkania, ich wyposażenie, inwentarz żywy, odzież, książki, pieniądze. Musieli rozpoczynać życie na nowo w odmiennym kulturowo świecie, choć często z pomocą miejscowej ludności kazachskiej. Praca w kołchozach i sowchozach była wyczerpująca, a wielu zesłanym nieustannie towarzyszyło widmo głodu. Ze względu na wymagający klimat, trudne warunki bytowe i wysoki odsetek dzieci w rodzinach, wyjątkowo dużo osób chorowało, co w skrajnych przypadkach kończyło się śmiercią. Mimo wszystko Polacy na zesłaniu starali się zachowywać własną kulturę, pielęgnując polskość poprzez praktyki religijne, mówienie i czytanie w ojczystym języku, wychowanie dzieci w duchu patriotycznym. Deportowani byli skazani na „wieczne osiedlenie”. W wyniku podpisanego w sierpniu 1941 układu Sikorski–Majski możliwe było swobodne przemieszczanie się w obrębie Związku Radzieckiego, ale władze utrudniały korzystanie z tego przywileju. Powrót do ojczyzny był niemożliwy. Dopiero w latach 1945 i 1946 deportowani mogli powrócić z Kazachstanu do Polski. Archiwum Ośrodka KARTA gromadzi i przechowuje bogaty zbiór 180 wspomnień, 357 dokumentów, 280 zdjęć przekazanych bezpośrednio przez byłych zesłańców bądź przez ich rodziny oraz 100 nagranych relacji. Jak wygląda historia zesłań opowiadana przez konkretnych ludzi? Jak układały się ich losy? Z jakimi trudnościami musieli sobie radzić? Jak wyglądało ich codzienne życie? W czym znajdowali pocieszenie? Zapraszamy do szukania odpowiedzi w dalszych częściach prezentacji.

Bibliografia: Stanisław Ciesielski, Polacy w Kazachstanie 1940–1946. Zesłańcy lat wojny, „W Kolorach Tęczy”, Wrocław 1997. Masowe deportacje ludności w Związku Radzieckim, red. Stanisław Ciesielski, Grzegorz Hryciuk, Aleksander Srebrakowski, Wydaw. Adam Marszałek, Toruń 2004. Represje sowieckie wobec Polaków i obywateli polskich, red. Stanisław Ciesielski, Wojciech Materski, Andrzej Paczkowski, Ministerstwo Sprawiedliwości RP, Ośrodek KARTA, Warszawa 2000.

Koleje losu

Prezentujemy wybrane historie pięciu osób deportowanych do Kazachstanu. Część z nich stanowią fragmenty wspomnień spisywanych po powrocie do Polski, inne powstawały w trudnych warunkach zesłania, gdzie walkę o pozostawienie po sobie świadectwa przerywała śmierć. Pisane przez nastoletniego chłopca, wdowę po profesorze, dorastającą dziewczynę, młodą matkę i nauczyciela w podeszłym wieku, pozwalają zobaczyć zesłanie z różnych perspektyw. Sentymentalna narracja zderza się tu z dramatyczną relacją z codziennych zmagań, sprawozdawczy zapis z dziennika z literacką opowieścią o bohaterstwie.

Jak pięknyś, Iszymie, umajony wiosną!

O Autorze
Franciszek Hołownia – urodził się w 1928 roku w Stołpcach (woj. nowogródzkie, teren współczesnej Białorusi). Matka Maria (ur. 1901) zajmowała się domem, a ojciec Ildefons (ur. 1900) pracował w starostwie powiatowym. Ojciec zmarł prawdopodobnie w obozie sowieckim „Kolonna” nr 2 (obw. archangielski). Franciszek Hołownia został deportowany wraz z matką i siostrą Kamillą (ur. 1926) 13 kwietnia 1940 ze Stołpiec do miasta Mariewka (obw. siewierokazachski, Kazachska SRR). Od 1942 roku przebywał na zesłaniu w kołchozie im. Stiepana Razina w Stupince. Wraz z matką i siostrą powrócił do Polski w 1946 roku. Zamieszkał w Jędrzejowie, gdzie ukończył wstępny kurs pedagogiczny. Przez kolejne lata pracował w szkołach, a następnie zrobił kurs języka rosyjskiego w Poznaniu. Tam poznał swoją przyszłą żonę, z którą miał trzech synów. Ukończył filologię rosyjską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. W latach 1948–84 uczył języka rosyjskiego. W 1984 roku przeszedł na emeryturę i przeniósł się do Czostkowa. Tam pracował na rzecz środowiska wiejskiego i angażował się w pomoc dzieciom i dorosłym z patologicznych rodzin. Fragmenty pochodzą ze wspomnień znajdujących się w zbiorach Archiwum Wschodniego Ośrodka KARTA (sygn. ZS 978).

Deportacja
Noc 13 kwietnia 1940. Już położyliśmy się do łóżek, gdy mocno zastukano do drzwi. Otworzyła mama. Do mieszkania weszli enkawudzista, jakiś miejscowy cywil – Białorusin i czerwonoarmista z karabinem. Ten ostatni stanął u drzwi i zdawało się, że w ogóle nie reagował na to, co się działo dalej. „Zbierajcie się do męża, do Związku Radzieckiego” – powiedział funkcjonariusz NKWD. Mówił oczywiście po rosyjsku. […] Przed domem stał chłopski wóz zaprzężony w jednego konia. Mama zaczęła pakować do worków wszystko, co trafiło pod rękę: pościel, odzież, obuwie, garnki, łyżki, noże, widelce. „Po co to wszystko bierzecie? Po co te garnki, widelce? Tam jest wszystko”. Mama nie odpowiedziała. Za chwilę wybuchła: „Rzeczywiście, nie za wiele tam będzie potrzeba. Kasza na gęsto, kasza na rzadko – można to jeść jedną łyżką”. Mama dalej brała, co się da, i pakowała. Od czasu do czasu naradzała się z ciocią i wujkiem: co zabrać, co zostawić. […] Kiedy zbliżyła się do drzwi, usłyszała cichy szept żołnierza: „Ciotka, bierzcie wszystko, wszystko bierzcie”. Ten prosty żołnierz mówił prawdę. Trzeba było brać wszystko, co się tylko dało zmieścić w ramach 100 kilogramów.
▪▪▪
Dowieziono nas do jakiegoś bocznego toru, na którym stał pociąg towarowy z krytymi wagonami. W środku po obu stronach były piętrowe, szerokie półki. Nas władowano na górną. […] Co pewien czas dowożono następnych i pakowano, ile się zmieści. Wkrótce było około trzydziestu ludzi na tych czterech półkach. […] Następnego dnia po południu, naładowany kobietami i dziećmi do ostatnich możliwości, pociąg ruszył – na wschód i w nieznane. […] Na zakręcie zauważyłem przez okno (moje miejsce było na górnej półce przy oknie), że pociąg ciągną parowozy. Spieszono się z transportem żywego ładunku – nie pamiętam, aby cokolwiek nam dawano oprócz wrzątku na niektórych stacjach.
▪▪▪
Wyładowano nas przy linii kolejowej. Dopiero teraz zobaczyłem ogromną masę ludzi dorosłych i dzieci oraz jeszcze większą worków, tobołów, kufrów, waliz itp. Zauważyłem, że w tym tłumie była również rodzina Czajkowskich, Sprakowska z córką Kirą i wiele innych znajomych, których nazwisk nie pamiętam. […] Wkrótce zadymiły ogniska, ludzie zaczęli gotować strawę. Nałamaliśmy wówczas sporo płotków kolejowych, bo przecież lasu wokół nie było, niszcząc w ten sposób majątek narodowy socjalistycznego państwa. Dziwne tylko, że nikt z miejscowych ludzi nie reagował na tak jawną dewastację własności społecznej. […] Niebawem przyszło sporo miejscowej młodzieży, przeważnie chłopców po 16–18 lat. Pomagali w zdobywaniu opału, ale też bacznie przyglądali się nam – polskim panom, wrogom socjalizmu. […] Wieczorem chłopcy zaczęli śpiewać pieśni wojskowe, komsomolskie i ludowe. To było coś wspaniałego. Nigdy dotychczas nie słyszałem tak pięknie zgranych głosów. […] Nie rozumiałem jeszcze wtedy, że czar tych pieśni wypływał ze zbiorowej duszy narodu rosyjskiego, ukształtowanej na rozległych wschodnich terenach w długich i niewesołych dziejach.

W Mariewce
Osiedle, do którego nas przywieziono, było wyraźnie rosyjskie, zaledwie kilkanaście zabudowań należało do rodzin tubylczych, kazachskich. Nosiło nazwę Marjewka i było stolicą rejonu (odpowiednik naszego powiatu). Rejon zaś nazywał się Oktiabrskij, a nie – jak należało przypuszczać – Majewskij. […] W centrum Marjewki znajdował się duży plac, rozmiarami zbliżony do rynku krakowskiego. […] Pośrodku placu stał klub rejonowy, przebudowany z byłej cerkwi, a na stronie południowej był budynek rajsowietu (odpowiednik naszego starostwa), na stronie zachodniej – siedziba milicji oraz miejscowa restauracja, na północnej – parę niezbyt eleganckich domków, wschodnia ściana placu zaś była ciągiem sklepów wielu branż. […] Marjewka miała w zasadzie tylko trzy ulice ciągnące się do brzegów Iszymu. Długość ich była imponująca, chyba około dwóch kilometrów.
▪▪▪
Przeprowadziliśmy się do rodziny Nikołaja Sokołowa, mieszkającej na ulicy Lenina, ale w przeciwległym końcu osiedla. Dom Sokołowów był dość przyzwoity, drewniany, z okiennicami zamykanymi na noc. Była to rodzina raczej bogata jak na ówczesne stosunki ekonomiczne w Związku Radzieckim. W spiżarni, do której Sokołowa co chwilę biegała, było ze trzydzieści kwintali pięknej „kubańskiej” pszenicy, stał tam zawsze worek mąki, wisiały połacie słoniny, baraniny, wieprzowiny, a zimową porą na półce wzdłuż ściany leżały zamarznięte kule kiszonej kapusty wielkości głowy rocznego dziecka.
▪▪▪
Sokołow codziennie oprócz dnia wychodnego („wychodnym” nazywano tu dzień wolny od pracy, który wówczas przypadał na każdy szósty dzień, niezależnie od dnia tygodnia) szedł do roboty. Brał z domu swój „knut” w widły, a w zimie oprócz tego jeszcze wielki kożuch i „małachaj” (wielką futrzaną czapę), „pimy” (grube buty filcowe) i szedł na „bazę”, czyli do gospodarczych zabudowań kołchozu. Tam wydawano mu wóz lub sanie oraz parę wołów i Sokołow jechał po siano, słomę lub ziarno na potrzeby fermy bydła rogatego i nierogacizny przy kołchozie „Gigant”. Istotnie był to kołchoz-gigant. Cała ludność Marjewki utrzymywała się z plonów uzyskiwanych przez ten kołchoz, nie mówiąc już o tym, że przynajmniej dwa razy więcej z nich oddawano na potrzeby państwa. […] Czasami Sokołow opowiadał nam, jak to było przed rewolucją. Jego ojciec miał duże gospodarstwo, w którym były dwie pary wołów roboczych, para wielbłądów do dalszych wyjazdów, parę świń i ze trzydzieści owiec. Bogato tu ludzie żyli.

Nad Iszymem
Latem najmilej było nad brzegiem Iszymu. Przyjemny chłód owiewał rozpalone ciało. Można też było popluskać się w ciepłej wodzie. Znalazłem ładne miejsce z zatoczkami wśród masywnych skał i tam masowo łowiłem ryby. […] Plusk wody, szum młyna, krzyki wodnych ptaków nastrajały mnie lirycznie. Stan ten znalazł swoje odbicie w wierszu napisanym dwa i pół roku później:
Iszymie, ty nigdy nie będziesz mi Niemnem

Iszymie, o, piękna Kazachstanu rzeko.
Czyż można ciebie zapomnieć, Iszymie,
Choć czas ślad przeszłości unosząc, ucieka,
Wystarczy, bym tylko przypomniał twe imię.

I wnet jak na jawie staje w oczach pora,
Gdy wśród skał siedziałem, gdzie Iszymu wstęga
Wciąż muska ich stopy. To chwila wieczoru,
Kiedy słońce trzy czwarte zbiegłszy swego kręgu
Chyliło się, znużone swe chcąc zamknąć oko.
Siedziałem z wędką, haczyk z chleba skrawkiem
Rzuciwszy w Iszymu toń ciemną, głęboką.
Skupiony, uważnie patrzyłem za spławikiem.
Widzę, jak rybki chciwe na przynętkę
Stadami za nią sprawiają gonitwy.
Drgnął spławik… Wyciągam na wierzch z rybką wędkę…

Słychać w oddaleniu głos chyżej rybitwy,
Co mknąć ponad wodą skrzydłem z lekka toni
Dotknie, lub na chwilę pod falami zginie,
Wypłynie i znowu za zdobyczą goni…

Tam młyn huczy… Echo niesie po dolinie
I gdzieś zanika w stepowym kowyle…
Tam wodnej trawy wielkie kępy rosną,
Obsypane kwiatem białym jak motyle.
Jak pięknyś, Iszymie, umajony wiosną!
Iszymie, ja ciebie wciąż wspominam mile.
Jednakże, gdy twoją ja wspominam falę,
Choć ona dla wzroku mego tak przyjemna,
Dusza ma jak w chmurach pogrąża się w żale,
Gdyż ty przypominasz toń mojego Niemna,
Co płynie, hen, w Polsce, w całej swojej chwale.
I widzę ojczyznę, jakby za szkłem ciemnym…
I choćbyś wyglądem upajał mnie stale,
Iszymie, ty nigdy nie będziesz mi Niemnem!
Stupinka, 1943

Miałem 15 lat, gdy pisałem ten wiersz. […] Wracałem z Iszymu zawsze z dużą wiązką ryb, przede wszystkim okoni. Stanowiło to jedno ze źródeł utrzymania naszej rodziny w lecie 1940. Resztę załatwiała mama, wymieniając ręczniki, prześcieradła, koszule itp. na mąkę, mleko, masło. Podobnie czyniły pozostałe Polki.

Praca i szkoła
Wiele pań, w tym moja mama, poszło do pracy przy budowie domów z „samanu” (czyli olbrzymich cegieł z gliny i posiekanej drobno słomy) oraz nowej szkoły z wypalanej cegły. […] Dyrygowali nimi Turkmeni-Persowie, zesłańcy podobnie jak i my, którzy pełnili rolę kogoś w rodzaju techników budowlanych. […] Niewiele ta praca przynosiła zysku, a kosztowała zbyt wiele wysiłku. Każda cegła ważyła około 20 kilogramów, wiadro z zaprawą z gliny również nie mniej. Dźwiganie przez cały dzień takich ciężarów przez panie, delikatne bądź co bądź żony policjantów, oficerów, urzędników, nauczycieli, przy stałej spiekocie dochodzącej do 40ºC doprowadzało do omdleń. Toteż mama wkrótce zrezygnowała z dobrowolnego „dobijania się” i zajęła się pitraszeniem obiadów u jakiegoś Persa-zesłańca, który poza oficjalną pracą prowadził cichą produkcję kaloszy ze starych dętek samochodowych […].
▪▪▪
Jesienią 1940 poszedłem do miejscowej szkoły. Moja siostra również. […] Wiem, że oprócz podstawowych przedmiotów uczyła się takich jak wojennoje dieło i kazachskij jazyk, co było udziałem klas starszych. […] Zauważyłem, że w tej klasie są ci sami dwaj chłopcy, którzy w końcu kwietnia, kiedy jeszcze obok jezdni były olbrzymie rozlewiska wiosenne, rzucali we mnie kamieniami i wołali: „polskij pan, polskij pan”. […] I teraz właśnie ci dwaj i jeszcze paru innych zaczęli na odmianę przezywać mnie „manach w sinich sztanach”, ponieważ nauczyciel (wyjątkowo rozsądny człowiek) wprowadziwszy mnie do klasy, powiedział, że jestem ich nowym kolegą i żeby mnie przyjęli do swojego grona tak samo, jak każdego innego odmiennej narodowości (byli tu Rosjanie, Ukraińcy, Kazachowie…), jako że Związek Sowiecki jest krajem, w którym wszystkie nacje mają równe prawa, w najsprawiedliwszym ze wszystkich ustrojów na świecie. […] „Manach w sinych sztanach” oznaczało: „zakonnik w niebieskich spodniach”. Logiki w tym przezwisku nie było żadnej, ponieważ moje spodnie były zielone, nie zaś niebieskie, a poza tym, o ile mi było wiadomo, zakonnicy chodzą w habitach.
▪▪▪
Nad Iszymem było już zimno i ryby przestały brać. Zacząłem z inicjatywy siostry zajmować się przygotowywaniem słownika niezrozumiałych polskich wyrazów typu: koniunktura, malwersacja, nostalgia itp. Informacje zdobywałem od współmieszkanek z Marjewki, ale wkrótce stwierdziłem, że to źródło wiedzy jest i niezbyt obfite, i co najważniejsze niepewne, jako że panie z zasady były niezbyt biegłe w tajnikach języka ojczystego i nie za wiele mogły mi w tej chwalebnej działalności dopomóc. Niemiej jednak wraz z siostrą uzbieraliśmy parę setek takich słów, co znakomicie ułatwiało mi żywot, kiedy los pozwolił mi znaleźć się w polskiej szkole.

W Stupince
Bodajże w połowie czerwca 1942 podjechała pod nasz domek sowiecka ciężarówka i enkawudzista kazał nam pakować się na skrzynię. Zebraliśmy cały swój majątek: łóżko, parę tłumoczków z walizką i pojechaliśmy. Sądzić należy, że usunięto nas z rejonowego osiedla za to, że mama nie pracowała w żadnej ze społecznych instytucji. Wywieziono nas więc do wsi Stupinka, położonej 30 kilometrów na północ od bądź co bądź cywilizowanego centrum, gdzie była szkoła, szpital, sklepy i miejsce kulturalnego życia mieszkańców – klub o kształtach cerkwi.
▪▪▪
Kołchoz im. Stiepana Razina miał powierzchnię 12 000 hektarów ziemi, z czego siłami mieszkańców trzech małych wsi, sześciu traktorów i kilkunastu par wołów uprawiano nie więcej niż 1200 hektarów […]. Reszta leżała odłogiem i zarastała stepowym kowalem lub burianem. Burianem nazywano tu po prostu dżunglę chwastów: piołunów, lebiody, ostów itp., których wysokość była imponująca – koń mógłby się w nich skryć. Od lat ziemia ta rodziła pięknie, co było zależne jedynie od opadów. Jeżeli deszcze spóźniały się ponad miarę – step wysychał […], a nad osiedlami zawisało widmo głodu.
▪▪▪
Niebawem przenieśliśmy się do innego domu. Używam wciąż wyrazu „dom”, chociaż, prawdę mówiąc, domy w północnym Kazachstanie jedynie z kształtów przypominają zabudowania mieszkalne. Jeżeli weźmiemy pod uwagę materiał, z którego są zbudowane, to raczej należałoby używać wyrazu „ziemianka”. W trzech razem wziętych […] wioskach były zaledwie trzy czy cztery drewniane domy. […] Oprócz tego drewniane były zabudowania gospodarcze (obory, zlewnia mleka, spichlerz zbożowy, stanowiska wołów roboczych, wiatrak, no i szkoła). Pozostałe siedziby ludzkie były zbudowane z „samanu” i pokryte płatami darni jak dachówką.

Życie kulturalne
Zbierało się w tym domu (u pani Pazdygowej) szczególnie w niedziele sporo młodzieży […], spędzaliśmy wspólne wieczory przy śpiewie polskich piosenek, takich jak: Wojenko, wojenko, O mój rozmarynie, Jak dobrze nam zdobywać góry, Płonie ognisko i szumią knieje i innych znanych ze szkoły oraz zbiórek harcerskich. Bawiliśmy się w gry towarzyskie: „złoty pierścionek”, „głuchy telefon”, tańczyliśmy trochę, a czasami tylko siedzieliśmy i gawędziliśmy. […] Niekiedy Irka grała na gitarze polskie, a także białoruskie czy rosyjskie melodie. […] Podobną rolę „polskiej świetlicy” spełniała druga „placówka”, zwana przez nas „chatą Pysiewiczów”. […] I na tej powierzchni gromadziło się do dziesięciu osób młodzieży polskiej, aby przebywać razem i „myśleć jak Polacy”.
▪▪▪
Wasia Paramonow pełnił funkcję miejscowego przewodniczącego komsomolskiej organizacji. Najwyraźniej reprezentował młodą inteligencję. […] Zainteresowany schadzkami polskiej młodzieży przyszedł do nas na którąś wieczorynkę. Popatrzył, posłuchał, porozmawiał. Potem zaczął przychodzić z harmonią. Grał nieźle, my zaś mieliśmy frajdę: była orkiestra, można więc było trochę potańczyć. Tańczyliśmy tanga, walce angielskie i fokstroty. […] Nauczyliśmy Wasię tańczyć z dziewczyną. W tej dalekiej, azjatyckiej wiosce panowała tradycja tańców w pojedynkę: kozaczok, hopaczok i jakieś inne. Tymczasem Wasia nauczył się tańczyć „po europejsku”. Ta „zaraza” rozeszła się po całej wsi. […] Wkrótce Wasia zachorował. […] Przed śmiercią prosił swoją matkę, aby urządziła mu pogrzeb „po polsku”, żebyśmy my, Polacy, oddali mu ostatnią przysługę. […] Nieśli nasi chłopcy trumnę ze zwłokami Wasi, a ja dźwigałem na miejscowy cmentarz okropnie ciężki krzyż brzozowy, wystrugany z surowego drewna. […] Gdy wrócił z wojny ojciec Wasi – oficer wojsk sowieckich i miejscowy działacz partyjny – nie mógł przeboleć ani śmierci syna jedynaka, ani też, co było chyba równie bolesne, dziwnego jego kaprysu odnośnie do sposobu przeprowadzenia pogrzebu.
▪▪▪
Któregoś zimowego wieczoru Irka wpadła na genialny pomysł zorganizowania teatralnej trupy i zagrania jakiejś sztuki dla miejscowej ludności. […] Dziewczęta same zmontowały naiwny dramacik o królowej, leśniczym i sierotce. Nie treść, lecz forma zrobiła swoje. Irka odegrała królową (zresztą bardzo nędznie), wystroiwszy się w długą, barwną suknię i obwiesiwszy się różnymi polskimi świecidełkami. […] Scenę improwizowały wielkie wrota rozłożone na ławkach szkolnych w korytarzu szkolnym, który był największym pomieszczeniem w kołchozie. Miejscowe kobiety nie mogły oderwać oczu od niewidzianych dotychczas strojów. […] Nauczycielka, Zubkowa, zainteresowała się nami i dobrawszy kilka osób z kołchozowej młodzieży, zaczęła kierować dalszymi losami domorosłej trupy. Wkrótce graliśmy krótkie utwory Antona Czechowa, a nawet pokusiliśmy się o wystawienie fragmentów Borysa Godunowa Aleksandra Puszkina. Szczytem jednak naszych osiągnieć na polu krzewienia kultury była współczesna sztuka o hitlerowskim znęcaniu się nad okupowaną ludnością rosyjską. Stara, rosyjska pieśń Wariag, odśpiewana na zakończenie, wycisnęła łzy z oczu „sołdatek”, oczekujących swoich mężów, którzy walczyli gdzieś na różnych odcinkach przeogromnego frontu, ciągnącego się od Morza Białego po Morze Czarne.

Armia gen. Andersa
W zimę przełomu lat 1941/42, któregoś późnego wieczora podjechał ciężarowy samochód firmy Studebaker, z którego wysiadł pan Gruszewski w mundurze polskiego porucznika. Powiedział, że w Buzułuku koło Kujbyszewa tworzy się armia polska pod wodzą generała Andersa, że przyjechał po panią Gruszewską i Gienię. Radości i łez było co niemiara. Pani Gruszewska szybko zebrała swoje tłumoczki i już po godzinie odjechała z mężem i Gienią w ciemną stepową przestrzeń. Ogarnął mnie żal (sądzę, że siostrę również), że to nie nasz tato przyjechał, aby nas stąd zabrać.
▪▪▪
Tymczasem mężczyźni i chłopcy szli do armii gen. Andersa. Ochotnicy. Nikt ich do tego nie zmuszał, nikt nawet nie agitował. […] Któregoś zimowego dnia, kiedy mróz przekraczał minus 30ºC, przed naszym domem zatrzymały się kazachskie sanie. Do izby weszło czterech młodych Polaków w wieku 25–30 lat. Byli przemarznięci do niemożliwości. Na saniach trudno było im wytrzymać w lichym odzieniu, biegli więc za saniami, potem siadali, odpoczywali, marzli i znów biegli. I tak ciągle. Przebyli już w ten sposób ponad 40 kilometrów. Jeden z nich był w kaloszach okręconych szmatami. Daliśmy im „herbaty” z palonej pszenicy i chleba. Zagrzali się i znów posiadali na sanie. Przed nimi było jeszcze 2000 kilometrów do Pietropawłowska. Mieli nadzieję, że będą walczyć o Polskę. Nikt nawet domyślać się nie mógł, że na tej ziemi nie dostąpią tego zaszczytu. Jeszcze bardzo długa droga była im sądzona: poprzez Buzułuk i Samarkandę, poprzez Krasnowodsk [Turkmenbaszy] i Persję, poprzez Palestynę i Egipt – aby wreszcie pod Tobrukiem i Monte Cassino zmierzyć się z wrogiem.
▪▪▪
Delegatura rządu polskiego w Kujbyszewie powołała do życia własny organ – gazetę pod prostym i wymownym tytułem „Polska”. Gazeta ta docierała do nas. Czytaliśmy ją wszyscy razem i każdy z osobna. Przesiąknięta była szczerym i głębokim patriotyzmem bez zbędnej ideologii i propagandy. Wspaniałe były artykuły Ksawerego Pruszyńskiego, cudowna poezja Słowackiego, Norwida, Broniewskiego. Karmiliśmy się tym jak chlebem […]. Na domiar wszystkiego w którymś numerze „Polski” przeczytałem reportaż z obozu polskich junaków w pobliżu Taszkientu. Namioty, polska flaga na maszcie, ćwiczenia wojskowe… Zamarzyło mi się, czternastolatkowi, aby razem z innymi mieszkać w namiocie, zrywać się rankiem na głos trąbki, a potem ćwiczyć strzelanie z karabinów maszynowych na gorącym piasku Uzbekistanu. […] Nie było mi jednak sądzone trafić do junaków. Wkrótce dotarła do nas wieść, że zerwano stosunki z gen. Andersem. Anders chciał walczyć na sowieckiej ziemi. Wyprowadził swoją armię do Iranu (dawnej Persji). Zabrał ze sobą również oddziały junaków. Ja nawet nie zdążyłem wyjechać ze Stupinki.

Paszportyzacja
Któregoś dnia do kołchozowego biura przyjechało dwóch funkcjonariuszy NKWD. Spędzono tam wszystkie nasze mamy i zmuszano je, aby przyjmowały obywatelstwo sowieckie. Konieczność takiej zmiany motywowano następująco: Polski nie ma i nie będzie. Armia polska przeszła do Iranu. Walczyć o Polskę od strony wschodniej nie ma komu. Niemców prędzej czy później pokona Związek Sowiecki, a Polska zostanie do niego dołączona jako jedna z republik. Obywatelstwo polskie już nikomu nie jest potrzebne itd. Nasze mamy nie reagowały na te argumenty – żadna z nich nie chciała przyjąć sowieckiego obywatelstwa. Przekonywano je całą noc, my zaś (dzieciarnia) czuwaliśmy i chodziliśmy dookoła budynku. Dopiero rankiem, nic nie wskórawszy, wypuszczono je. Nasze mamy-bohaterki nie uległy, nie wyrzekły się polskiego obywatelstwa.

Powrót do Polski
Lotem błyskawicy rozeszła się wieść po wioskach: wojna skończona! Było wielkie poruszenie. Ludzi ogarnęły uczucia ulgi i radości, ale i płaczu szczerego również było dużo. Zbyt wielka liczba zawiadomień o zabitych na frontach zdążyła do tego czasu napłynąć do wiosek. Zbyt dużo kobiet-sołdatek już nie miało na kogo czekać. […] W Pietropawłowsku powstała placówka Związku Patriotów Polskich w ZSRR. W rejonach zawiązywały się filie. […] Wszyscy Polacy ze Stupinki i Sawrasowki, mający powyżej szesnastu lat, wstąpili do szeregów ZPP.
▪▪▪
Już w maju [1946] zaczęły dochodzić do nas wieści, że z położonego dalej od nas Krasnojarskiego Kraju jadą eszelony z Polakami, tym razem na zachód… do Polski. […] Pewnie już wkrótce i na nas przyjdzie kolej? […] I rzeczywiście, w ostatnich dniach maja z biura kołchozowego przysłano polecenie, aby zebrać się z całym bagażem koło szkoły. Kolejno podjeżdżały ciężarówki i nasza stupińska polonia topniała coraz bardziej. Co parę godzin kilka rodzin odjeżdżało na północ, do Mamlutki. […] Zbiegło się sporo miejscowej ludności. Żegnali nas serdecznie, nawet ze łzami. Zbyt dużo razem przeżyliśmy ciężkich chwil, aby rozstanie mogło przebiegać obojętnie.
▪▪▪
W Mamlutce ulokowano nas w długich barakach służących prawdopodobnie na co dzień za jakieś magazyny kolejowe. […] Codziennie dowożono inne rodziny z dalekich aułów północnego Kazachstanu, zaludniano szczelnie baraki. Parę dni trwało wydawanie dokumentów na drogę, poświadczających, że tacy to i tacy, dotychczas mieszkający tam i tam, udają się na stały pobyt do Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. […] Wreszcie podjechał bardzo długi pociąg, składający się – jak poprzednio – z towarowych wagonów, wyposażonych w półki z masywnych desek (chyba tylko w tym kraju znany jest taki środek lokomocji, służący do masowego przewożenia ludzi). Wagonów było około 60. Na przedzie sapała olbrzymia lokomotywa z wielkimi literami „FD”, co oznaczało: „Feliks Dzierżyński”. […] Załadowaliśmy się i wkrótce pociąg ruszył.
▪▪▪
I oto pociąg minął tę umowną linię dzielącą ludzi i kraje. Było to rankiem i nikt tego nie zauważył. Koło godziny siódmej eszelon zatrzymał się na stacji w Łunińcu. Wszyscy wyszli obejrzeć to nasze i już nie nasze miasto. Ja zaś samotnie poszedłem w stronę najbliżej położonego kościoła. […] Obok niego stał posąg Marii Dziewicy. Ukląkłem pierwszy raz po sześciu latach u stóp tej, do której tak żarliwie odmawiałem litanie w stołpeckim kościele… […] Potem przejeżdżaliśmy przez Brześć nad Bugiem. Przeprowadzano tam generalne odwszawianie, bo przecież nie wypadało, żeby szanujący się kraj wysyłał ludzi z pokaźnym bagażem insektów za granicę. […] Przeładowano zatem „czysty towar” do polskich wagonów, które w porównaniu z sowieckimi wydawały się śmiesznie małe. […] Przejechaliśmy przez most na Bugu. A więc byliśmy już w Polsce!

„Czy ja to wciąż ten sam człowiek?”

O Autorce
Zofia Ptaśnik (z d. Małachowska) – urodziła się w 1890 roku. Była żoną Jana Ptaśnika (ur. 1876), profesora historii Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Wzięli ślub w 1925 roku, w 1930 roku mąż zmarł na skutek spóźnionej operacji woreczka żółciowego. Mieli syna Mieczysława (1927–2014). Zofia Ptaśnik została deportowana z Jaworowa 13 kwietnia 1940 do Sarsaju (obw. aktiubiński, Kazachska SRR). Syn został we Lwowie razem z rodziną i przyjaciółmi Ptaśników. Przebywająca na zesłaniu matka miała z nim kontakt listowny. Zmarła wskutek choroby między końcem maja a lipcem 1941 w Sarsaju. Fragmenty pochodzą z dziennika znajdującego się w zbiorach Archiwum Wschodniego Ośrodka KARTA (sygn. AW II/3182).

Deportacja

14 kwietnia 1940, niedziela, Dwór, Podzamcze
O północy, z 12 na 13 kwietnia, słyszę łoskot wozów. Za chwilę pukanie do kuchni, zrywam się, pospiesznie ubieram i otwieram. Wchodzi sześciu ludzi […]. Robią rewizję za awizem, po czym oświadczają mi, że mam się zbierać w „zadiański Sojuz” [do zachodniego Związku Radzieckiego]. Hania [kucharka] zawodzi, desperuje, ja byłam skamieniała i jak zawsze w takich razach wydawało mi się, że nic nie trzeba. Wzięłam pieniądze: 193 ruble i 180 złotych, gotówka całej rodziny, zegarki, resztki biżuterii, na siebie dwie spódnice, dwa swetry, żakiet watolinowy, płaszcz letni Wini [Jadwigi – siostry] i śniegowce, parę koszul, reform i dwie pary pończoch, trzy ręczniki, dwie poszewki, parę jaśków, do neseseru bułkę, chleb, pół szczupaka gotowanego, którego już zjadłam, półtora kilograma cukru, trochę herbaty – to był cały mój prowiant. Pieczywa wystarczy mi do czwartku, ale co dalej? Żebym wzięła choć kukurydziankę, kaszę hreczaną, krupki jęczmienne […], ale ja wciąż myślałam, jak ja to będę nosić, gdy jeszcze mam w chustce tłumok z poduszką, jaśkiem i gruby koc. Tymczasem widzę, że ludzie pozabierali całe tłumoki z rzeczami, naczyniami, pościelą, żywnością i jeden drugiemu pomagają w przenoszeniu. […] Do Jaworowa przyjechałam o siódmej rano. Na gościńcu przyłączyło się do nas kilkanaście fur z ludźmi z Niemirowa. Załadowali nas do wagonu, specjalnie do wożenia ludzi przygotowanego, z pomostami z nieheblowanych desek, na których siedzimy i śpimy w pakunkach. […] Dziś rano przesiedliśmy się do szerokokołowych wagonów z piecykiem, ale mała z nich pociecha, bo ani nie ma tu drzewa, ani wody, żeby zagotować herbatę. Warunki jak na okręcie pod pokładem. […] Dokąd nas wiozą, nikt nie wie.

15 kwietnia 1940, poniedziałek, Jezierna
Przez okna przeprowadzamy z Moskalami dysputę na temat religii Rosji. Na darmo dopominamy się, by nas wypuścili z wagonów. Uważają, że wszystkie nasze naturalne potrzeby powinniśmy załatwiać w natłoczonym ludźmi wagonie. Brud, smród, trzecią dobę jedziemy, nie myjąc się ani przebierając.

20 kwietnia 1940, sobota, Płeszkow–Czeremysynowo
Najgorsze, gdy po wielu targach raz na dobę wypuszczą nas z wagonu i każdy biegnie gdzieś pod wagon i tam się załatwia, nie dbając, że liczne audytorium ze wszystkich stron przypatruje się z zajęciem. […] Nasi Żydzi obchodzili wczoraj szabas. Każda rodzina zapaliła dwie świeczki, wkładali je po kilka do latarni. Potem już po ciemku śpiewali modlitwy.

22 kwietnia 1940, poniedziałek, Kuźmiec
Dziś zaczynają się żydowskie święta Paschy, Żydzi będą jeść przez trzy dni tylko macę. Wczoraj wieczór już po ciemku śpiewała Kochmanowa ładne, smętne żydowskie pieśni. Także Żydzi śpiewali z nami polskie pieśni patriotyczne i legionowe. […] Mimo tego, jeśli dalej będziemy razem zamknięci, to dojdzie do kłótni polsko-żydowskiej.

W Sarsaju

24 kwietnia 1940, środa
Jesteśmy już w Azji. W nocy minęliśmy rzekę Ural, o 2.00 dali nam w Orenburgu zupę z makaronem i jakąś kaszę. Zbudziłam się, by zjeść i znowu spałam. Najgorzej, że nie można się umyć z powodu braku wody, a teraz stoimy w czystym polu. […] Spotykamy tu wielbłądy („wielblury”), pasą się stada baranów, krowy bardzo mieszane. Wciąż bezkresna równina, dużo nieużytków. Chmurny dziś dzień i zimny.

25 kwietnia 1940, czwartek, Aktiubińsk
Wczoraj byłam ogromnie zmartwiona, gdy mi się zgubił ten dzienniczek. Dopiero dziś rano znalazłam go w tyle wagonu, w szparze, gdzie spadł tak, iż zaledwie trochę wystawał. Jestem ciekawa, czy Hania ocali mi tamte dzienniki pisane przez 35 lat, pytała o nie, gdy odjeżdżałam.

26 kwietnia 1940, piątek, Sarsaj
Wczoraj o 13.30 załadowali nas razem z bagażem na auta ciężarowe. Na szczęście mogłam usiąść koło szofera, bo z moim kolanem nie potrafiłabym wdrapać się na górę. Jazda była piekielna, przez pustynne, bezkresne obszary Syberii, po wyboistych drogach i bezdrożach […]. Auto popsuło się i kierowca ze dwie godziny je naprawiał, by przewieźć nas do klubu. […] Klub okazał się ogromną salą z dwoma piecami, sześcioma oknami z jednej strony, podłogą z uklepanej ziemi. Stoi w niej olbrzymi posąg Stalina z wyciągniętą, odrywającą się prawą ręką, przed którą jeden drugiego przestrzega, że gdyby się urwała, to może zabić. […] Na ścianie wisi ogromna mapa Rosji i odtworzyliśmy na niej przebytą trasę. […] Jesteśmy w Kazachstanie. […] Bieda tu straszna, domy z płaskimi dachami, niektóre zbudowane są z grubych cegieł z darni, układanych jedna na drugiej i wyprawianych wapnem. Palą nawozem […].

28 kwietnia 1940, niedziela, Sarsaj, I ferma
Przyjechaliśmy tu po sześciu godzinach jazdy wołami na dwóch wozach, Szkudłapscy, Ciesielscy i ja. Oni mają osobną, malutką izdebkę z kociołkiem do gotowania i z posadzką – my większą, ale bez posadzki i kociołka. Okien wcale się nie otwiera.

1 maja 1940, środa, I ferma
Najgorsze jest to, że wciąż łapiemy wszy i żyjemy w nieopisanym brudzie i nędzy. Zbieramy drobniutkie patyczki, trzaski, suche burzany i tym palimy w piecu, w którym Józef na cegłach gotował na bezpośrednim ogniu, w rynce. Ale Szkudłapska chciała robić jakiś blaszany krąg, by na nim gotować, i popsuła piec tak, że nie można było wcale gotować, więc Ciesielska dała prymus i żytnią mąkę, Szkudłapska hreczaną, a ja jajka i tak składkowy obiad powstaje. […] Przychodzą do nas cały dzień odwiedzający Kazachowie i Rosjanie, z którymi prędzej można się dogadać. Mówią, że dawniej trzymali tu tysiące baranów, ale teraz nie mają żadnego. Od sześciu lat był nieurodzaj, dlatego panuje tu bieda. Gdyby nie to, że krzepi nas nadzieja powrotu do kraju przed zimą, to czarna melancholia ogarnęłaby człowieka.

Praca

4 maja 1940, sobota
Zapowiedzieli nam wczoraj, że dziś pójdziemy do roboty, a za nią dadzą 120 rubli, mięso, 200 gramów chleba, mleko, więc postanowiłam spróbować, co potrafię. Wstaliśmy o 7.00 rano, Szkudłapska na śniadanie zrobiła smażone placki z żytniej mąki zarobione kwaśnym mlekiem. Zjadłam gorący placek ze skisłym mlekiem, bo chleba już nie mamy. Zebraliśmy wózek burzanów i wyschłych łajniaków do palenia i choć minęło już 10 godzin, nikt nas do roboty nie wzywa. Wozy czekają przed magazynem na owies, a „zawidujuszczyj” [zawiadowca] nie spieszy się wcale. […] O godzinie 11.00 przyszedł po nas i zaprowadził do […] zimowego gnoju przeznaczonego do robienia kiziaku na opał na zimę. Mieliśmy podrzucać gnój, by kupy uformować. […] Do południa uformowałyśmy jedną kupę, po południu drugą, a „zawidujuszczyj” powiedział, że gdy tak będziemy robić, to zarobimy po 400 rubli miesięcznie.

18 maja 1940, sobota
Wczoraj i dziś czyścimy żłoby w krowiej stajni. Żłoby to znaczy gliniane dno i ścianka z darni, koły co parę metrów i na nich bariera. Zabite spleśniałą paszą, zdaje się nieczyszczone, odkąd stajnię postawili, czekały, abyśmy przyjechały je oczyszczać. […] Żyjemy po prostu zwierzęcym życiem. Zjeść, nazbierać kiziak i patyczki do gotowania, iść do roboty, jak najprędzej wrócić do domu i zjeść. Brak gazet, brak wszelkich wiadomości, więc rozmawiamy o tym, co komu się śniło, pełzamy do siennika, by dowiedzieć się, co Jance powiedziały duchy, kiedy wrócimy do kraju.

19 maja 1940, niedziela
Śliczny, słoneczny dzień, ale siedzę w domu i czekam na ciepłą wodę, by korzystając z niedzieli i ogromnej miednicy Brewczyńskiej, obmyć się gruntownie, bo codzienne mycie przy domownikach, a nieraz i przy gościach, ogranicza się do obmycia twarzy i rąk. […] Prymitywność naszego życia urąga wszelkim kulturalnym nawykom. „Ne roznesz, prywyknesz, budesz tak żył, jak ludy tu żywut” – powtarzają nam stale odwiedzający, a my wciąż uparcie łudzimy się, że wnet wrócimy do kraju. […] Na tę intencję odmawiamy codziennie różaniec i litanię, a grupka modlących się coraz bardziej wzrasta.

23 maja 1940, Boże Ciało
Dotąd zawsze umawiałam się z zawidujuszczym i nie szliśmy do roboty w niedziele i święta, za to pracowałyśmy w dni wychodne. Tak też umówiłam się i wczoraj. Dziś rano jednak wzywają mnie do naczelnika […], który zawiadamia, że mamy pracować od 7.00 do 12.00 i od 15.00 do 19.00, w sumie 9 godzin. Protestuję, że to dla nas za długo, nie mamy siły tak długo, zwłaszcza że nie mamy wiktu, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, musimy żyć z resztek zabranych pieniędzy i przepłacać mleko po 3 ruble, a jaja po rublu. „Kupcie sobie krowę” – radzi naczelnik. Upominam się o zrobienie prycz, obiecanych zaraz gdyśmy tu przyjechali. „Kupit sobie krowaty”. Nie mamy pieniędzy. „To zarabotajty”. Jak zarobić, gdy płacicie za kiziak 25 rubli za 1000 sztuk, a my za to wszystko musimy tak drogo płacić? „Idzie do raboty, a ja przyjdę i pokażę, jak robić”. Nie idziemy dziś, bo to nasze wielkie święta. „Nada zabywały o światach” [Zapomnijcie o świętach]. „My star, ta już nie zabudema” [My starzy, już nie zapomnimy]. Wilczkiewicz oświadcza służbiście, że oni idą do roboty, i poszli, my zaś z Ciesielską zostałyśmy w domu, choć majorowa przybiegła, by przestrzec nas przed konsekwencjami takiego „buntu”. Powiedziałam, że tylko oporem i solidarnością zdobywa się ulgi i że to oni są łamistrajkami. Myślałam, że będziemy ukarani i nie dostaniemy mąki, ale otrzymaliśmy jej po kilogramie i po pół kilograma krupek jęczmiennych.

Wiadomości z kraju

28 maja 1940, ferma I
Ogólna radość w naszej kolonii, bo widzimy […] pomyślne wiadomości polityczne. W gazetach wprawdzie piszą o ciągłych postępach Niemców, ale tłumaczymy sobie, że te wiadomości są tendencyjnie interpretowane. Poczta pantoflowa zaś donosi, że Niemców biją, że na Rosję idzie 14 państw, że będzie wielka wojna. Mówią nawet, że niedługo będziemy wracać. Dobrze by to było, bo moje finanse zupełnie wyczerpane […].

7 czerwca 1940, piątek
Zostałam w domu, bo nie tylko kolano, ale i obie nogi w kostkach opuchły i ledwie chodzę. Bardzo żałuję, że nie mogłam pojechać na robotę, bo choć to dość ciężka praca, ale zawsze jakieś urozmaicenie w monotonii naszego życia w brudzie i ciasnocie. Jak miraż staje mi nieraz przed oczyma nasz obszerny, wygodny dom, rozległy widok z jadalni, taras pełen kwiatów, nasze wiaty ze starymi, cienistymi drzewami, ścieżki obsadzone daliami, obfitość wszystkiego w stajniach, stodołach, piwnicach, na strychach, spiżarniach i w pokojach. Jak to wszystko rozpierzchło się, i nasza rodzina, i nasze dobro. Czy zejdziemy się kiedyś w rodzinnym, kochanym domu? Co zdołamy odzyskać?

10 czerwca 1940, poniedziałek
Miałam dziś miłą niespodziankę, zastawszy na stepie parę fur świeżego siana, przewiezionego na stertę. Dwie i pół godziny wylegiwałam się tam na szalu i miałam wrażenie, że jestem letniczką wypoczywającą na słońcu. Można teraz kupić dużo chleba, więc zapycham się nim i nabieram trochę ciała.

24 czerwca 1940, poniedziałek
Rodzina, znajomi w rozproszeniu, ja tutaj sama czytam często O naśladowaniu Chrystusa Tomasza à Kempis. Znajduję tam wiele pokrzepienia i chcę jak najwięcej duchowych korzyści odnieść z tych ciężkich czasów. „Porzuć wszystko, byś znalazł wszystko w Panu”. […] Dziś korzystając z tego, że Józef kupił niemieckie tłumaczenie Der stille Don Michaiła Szołochowa, czytam z zajęciem, zwłaszcza miło mi było, gdy raniutko wstałam, gimnastykowałam się przy ulubionej stercie siana, potem kupiłam mleko, umyłam się, ubrałam, posiliłam suchym chlebem i poszłam znowu czytać […]. Zresztą tak teraz łaknie się wszelkiego drukowanego słowa, że chcemy zaprenumerować rosyjską „Prawdę”, aby mieć stale gazetę, a nie prosić o pożyczenie.

29 czerwca 1940, sobota
Dostałam wczoraj obszerny list od Hani. Pisze, że po moim wyjeździe chłopi wdarli się do mieszkania, krzyczeli, że wszystko zabiorą, a ją wypędzą, przetrwała to jednak. Uratowała trochę bielizny i parę sukien, poduszkę i kołdrę, a wszystko, co było w kuchni, zostało. Meble, zapisane suknie i bieliznę musiała sprzedać, a pieniądze odesłać do rajkomu [rejonowego komitetu partii]. Dali jej pole obsiane ozimym rzepakiem koło młyna […]. Przeorała je, posadziła kartofle, fasolę, kapustę, buraki, a później posieje trochę hreczki.

30 czerwca 1940, niedziela
Janka z Ciesielską wybrały się dziś do Rudnika i trafiły na radosny dzień ogólnej pijatyki – do kooperatywy przywieźli owocowe wino, mocno spirytusowe. Szoferzy, robotnicy, kobiety, wszyscy „hulali” po ulicy, wymachując chusteczkami, a trzeźwi przypatrywali im się z uwielbieniem. W tym radosnym nastroju byli tak życzliwie usposobieni do Polek, że chcieli się z nimi żenić. Jeden szofer ofiarował im 3-kilogramowy bochenek chleba, byle Ada zaznajomiła go z Janką. Ofiarowywali kupić dla nich mąkę i „konfetti”. Miały mało pieniędzy, więc kupiły tylko parę kilogramów chleba i trzy czwarte litra wina, którym podzieliłyśmy się.

W brygadzie

5 lipca 1940, piątek
Od 1 lipca przez trzy dni pracowałam w brygadzie przy truciu susłów. Z powodu posuchy jest ich mnóstwo i robią duże szkody w zbożach, których źdźbła ścinają. Na patyczki okręca się watę, macza w butelce z kwasem trującym, wkłada to do nory, kładzie na garści trawy i zasypuje mocno łopatą. Na trucie chodzi się parami, jedna idzie z butelką i patyczkami, druga z łopatą.

26 lipca 1940, piątek
Mamy w brygadzie prosty, ale obfity wikt: 1 kilogram chleba dziennie, na obiad i kolację makaron z mlekiem, można nawet zjeść 1 litr na raz, więc myślę, że odkarmię się trochę, bo już doszłam do 45,5 kilograma wagi.

20 sierpnia 1940, wtorek
Rozmnożyły się u nas tak straszne pluskwy, że w nocy biłam je bez końca, a byłam tak pokąsana i udręczona, że o 12.30 w nocy zebrałam pled, jasiek, prześcieradło, włożyłam płaszcz i korzystając z pełni, wyszłam na stertę słomy koło siana i tam wreszcie usnęłam, a rano wygimnastykowałam się. Na co to przyszło wdowie po profesorze uniwersytetu, ziemiance, z domu Małachowskiej, by po nocy włazić na stertę siana dla uchwycenia paru godzin snu.

2 września 1940, poniedziałek
Od 1 września bardzo pozimniało, ranki tak chłodne, że pracujemy w płaszczach. Dotąd nocowałyśmy na drodze, ale dziś tak zziębłam, że trzeba się przenieść do kibitki (czyli domku na kołach z okienkami i drzwiami, który wewnątrz ma dwie kondygnacje prycz). Młodzi przenieśli się tam na tyle szybko, że tylko dwie noce Dobrowolska i ja nocowałyśmy pod gwiazdami.

28 września 1940, sobota
Dziś chmurny dzień, czekamy z utęsknieniem na deszcz, by nie iść do młynkowania plewy pszennej i żytniej, co jest nieznośną robotą, zwłaszcza przy tej wichurze, która i dziś, i wczoraj panuje. Kurz zasypuje oczy. Przyjechała wczoraj wieczorem Szkudłapska zdenerwowana nocną przygodą, jaką miała ubiegłej nocy. O 1.00 przyszedł jakiś podchmielony Moskal w mundurze. Powiedział, że jest z NKWD i że przyszedł zaaresztować ją, bo jest zamieszana w polityczną sprawę. Kobieta sama w domu wystraszyła się, co będzie, ale on położył się, przespał, a gdy się obudził, zabrał się, nie podnosząc kwestii.

12 października 1940, sobota
Ziemia zamarzła już na dobre, nocami śnieg pada, w dzień wprawdzie taje w słońcu, ale mróz i wiatr dokuczają, a w naszej izbie zimno tak, że włożyłam walonki. […] Mamy przeprowadzić się do innej izby, bo tu nie ma pieca, nie ma też kiziaku, w ogóle zimowa bieda zagląda do nas. Do tego Janka ma bolączkę pod pachą, ja egzemę na brodzie, a Józef czyrak na twarzy. Tylko Tadzio, który od półtora tygodnia objął funkcję pastucha cieląt, choć marznie, trzyma się zdrowo.

26 października 1940, sobota
W poniedziałek rabotałam na dachu stajni, gdzie rzucałam z dwoma Kozaczkami ziemię. Robota trwała krótko, ale trzy razy właziłam po beczce na dach i z powrotem z niego złaziłam. Rok temu nie uwierzyłabym, że tak się odmłodzę. Toteż ludzie nie wierzą w moje 50 lat, bo rzeczywiście tak zdałam na wolę Bożą moje ziemskie sprawy, że spokojnie trwam, nie narzekając ani nie rozpaczając, i to odbija się na spokojnym śnie i dobrym wyglądzie.

Święto

11 listopada 1940, niedziela
Ciesielska miała przykrą awanturę, bo Kazach zobaczył u niej pszenicę, jęczmień i „siemiczkę”, doniósł uprawlajuszczemu [zarządcy] i skonfiskowali jej to. Dobrze, że bez gorszych następstw odbywało się. […] 6, 7 i 8 listopada był tu wielki praźnik [świeto] na rocznicę 23-lecia bolszewickiego reżimu. […] Tydzień temu w niedzielę zostałyśmy wezwane do oczyszczenia jednej strony domu z ludzkiego kiziaku z powodu tych uroczystości i na tym skończyła się nasza robota w tym tygodniu. […] Dostałyśmy po pół kilograma cukru, po ćwiartce wiśniówki, trochę prasowanego czaju, sody do pieczywa, kawę z malinowym zapachem – artykuły, których od dłuższego czasu nie było. Członkowie kooperatywy mogli kupić perkal po 1,5 rubla, buciki, trykoty itp. W szkole odbywały się dwie nocne zabawy, bardzo hałaśliwe – za pierwszym razem do 2.00, a za drugim do 5.00 rano nie mogliśmy spać. Na pierwszą zabawę Janka została zaproszona przez nauczycielkę i o 10.30 wieczorem musiała z łóżka wstać, choć ją noga bolała, bo miała na niej kilka jakby czyraków i dopiero o 4.30 rano matka poszła po nią, gdyż jej nie chcieli wypuścić.

17 listopada 1940, niedziela
Ziemia wprawdzie zamarznięta, ale ciepło jak w maju. Mówią, że Polacy wymodlili sobie tak niezwykle długą i łagodną jesień. […] Maria kupuje używane walonki po 45 rubli, daje je podszywać za 30 rubli. Robi zapasy mąki i pszenicy na zimę, z trudem zdobywa chleb, z czego i ja korzystam, bo nie potrzebuję codziennie smażyć placków na łoju, które zresztą zupełnie mi nie smakują.

28 listopada 1940, czwartek
Właśnie otrzymałam list od Mieczka z 17 listopada. Pisze, że za kilka dni zdejmą mu gips i pójdzie do szkoły. Widocznie miał jakiś wypadek z ręką, bo pisze zmienionym pismem, ale co było, nie wiem, bo od 20 października nie miałam od niego wiadomości. […] Starają się też przez prof. Kleinera o uwolnienie mnie stąd, była u Janków jakaś pani w ten sposób wyreklamowana z Kazachstanu. Oby się to udało, bo ciężko będzie zimę przeżyć w naszej lichej izbie z jednym oknem, które teraz Maria do połowy zamurowała. Nasz piec nic nie grzeje, nie mamy też żadnego sąsiedztwa, które choć trochę ogrzewałoby naszą izbę ze ścianami z dykty i przewiewnymi drzwiczkami.

1 grudnia 1940, niedziela
Dziś sensacja na fermie, bo uprawlajuszczyj Tatarenko był wczoraj sądzony i skazany na rok więzienia za to, że w czasie praźniku upił się i pogryzł po rękach i po szyi dozorcę obory, z którym już dawniej miał zatarg i niesprawiedliwie oddalił go ze służby. (Dopisek: 3 grudnia już wrócił, gdyż jest partyjny i wyjednali mu uwolnienie).

Wspomnienia

25 grudnia 1940, środa
Smutne święta. W niedzielę stawiali nam piec w nowej kwaterze, w tym samym domu, a ponieważ piec w starej rozebrali, więc nie można było tam mieszkać i musieliśmy sprowadzić się do niebielonej, zanieczyszczonej gliną izby. Jeszcze wczoraj do 11.00 w nocy Maria i Janka bieliły ją i szorowały. Wilia odznaczyła się podzieleniem opłatka i zjedzeniem jaglanej kaszy o 11.30 na naszych rozścielonych barłogach. […] Trochę tu lepsza kwatera: z podłogą, piecem, z obu stron jest sąsiedztwo (rodziców nauczycielki i prykaszczyka), więc ogrzewa nas, a przede wszystkim jest słoneczna.

1 stycznia 1941, środa
Czy ja to wciąż ten sam człowiek? Zosia Małachowska, potem profesorowa Ptaśnikowa, a obecnie Ptaśnik – robocza, kątem mieszkająca, śpiąca na cudzych koszach pod przykryciem z chustki, koca, dwóch płaszczy tasiemkami przywiązanych do kosza. […] Staram się być wciąż zajętą, nie myśleć o przyszłości ani wspominać przeszłości, bo to rozstraja i przygnębia, a trzeba sił do przetrwania. „Przeszłość – to bajka!”. Pisał tak Mieczek i rzeczywiście to, co było dawniej zwykłe, codzienne, dziś jest nieosiągalne.

7 stycznia 1941
Hania pisze, że nasz dom jest zrujnowany, bez okien i drzwi, ze stodół zostały tylko dachy na słupach, pogorzelcy brali z budynków materiał na odbudowę. Ogrodzenie rozebrane, dęby i olchy w potoku wycięte […], za sadem olchy i brzozy wycięte. Choć spodziewam się tego zniszczenia, to jednak płakałam, czytając o tym.

19 stycznia 1941
Myślę o odbudowie gospodarstwa, o rządcy, a tymczasem mam 49 kopiejek i wskutek tego nie mogłam kupić pół kilograma razówki za 80 kopiejek. Chodziłam do dłużników i nigdzie nie mogłam pożyczyć. Szkudłapscy bardzo się martwią, że nie mogą mi oddać, ale pech chce, że nasza ferma za późno złożyła rachunki i dla niej zabrakło pieniędzy na wypłaty w centrali.

24 stycznia 1941
Korzystając z cudnej słonecznej pogody bez wiatru, byłam dziś i w środę z Janką na półtora- i dwugodzinnej przechadzce po stepie, połączonej z wybieraniem słupków, którymi w grudniu wytyczali mającą się budować drogę kolejową. Wandalizm, ale trzeba nam opału.

6 lutego 1941, czwartek
3 i 4 lutego był straszny buran, o niezwykłej sile, ofiarą jego padły dwie osoby z Polski: młoda Orłowska z Sarmosy, która w poniedziałek wieczorem wyszła po mleko dla dziecka i odtąd nie szukano jej. Tak samo Silberman w niedzielę wieczorem powrócił, gdyż nie było nafty do wyładowania, przenocował u Kazachów, a w poniedziałek rano zjawił się u nas. Dowiedziawszy się, że mąki nie mamy, poszedł kupić pszenicę. Był u starego sołchoza, gdzie mu piekli placki, a potem jak poszedł, tak przepadł.

2 marca 1941, niedziela
W ostatnich dniach lutego pocieplało, a od wczoraj mamy znów silny buran, wskutek tego od wieczora przeżywamy istne oblężenie. I w sąsiedniej izbie, i w sieni pełno więźniów z Dońskoha [Doniecka], którzy oczyszczali drogę i schronili się przed buranem. Dobijali się do nas po zapałki, ale nie wpuściliśmy ich, całą noc mieliśmy niespokojną, bo gadali, śpiewali, gwizdali, kaszlali, tupali nogami, może teraz przed nocą pójdą, bo zimno im i głodni. […] We wtorek dostałam listy od Mieczka, Marysi i od Hani. Ten ostatni opłakałam, gdyż pisze, że zniszczenie na folwarku straszne: „Ten dwór tak kona, jak człowiek chory na raka – aż skona zupełnie i chyba tylko trawa zielona zostanie. Ale niech się Pani tym tak bardzo nie przejmuje, bo może Pan Bóg tak daje, abyśmy zanadto nie przywiązywali się do ziemskich rzeczy, widząc, że można dużo mieć i stracić”. […] Kończę 51 lat, ale zdaje mi się, że ostatnie 18 miesięcy nauczyło mnie więcej o życiu i ludziach aniżeli 50 lat przeżytych zawsze w dobrobycie i wśród tego samego otoczenia.

9 marca 1941, niedziela
Od poniedziałku ciepło, słonecznie i codziennie chodzę po dwie, trzy godziny drogą autową, którą więźniowie odkopywali ze śniegu. Łamali przy tym drewniane łopatki, które pracowicie zbieram i znoszę na opał. Dwa razy przyniosłam tak duże naręcza, że ledwie je doniosłam. Przy tej okazji odpoczywam, siedząc na śniegu, wygrzewam się na słońcu, które czasem grzeje jak u nas w czerwcu, rozkoszuję się samotnością i ciszą stepu.

Choroba
18 marca 1941, wtorek
Od 12 marca chodziłam do młynkowania owsa w spichrzu, dziś jednak zbuntowałam się, zawiązałam gardło chustką, zgotowałam dla siebie, a potem na przyjście sołchoza, położyłam się w ubraniu i udało się. Nawet nie tyle robota mi dokucza, bo zapowiedziałam, że nie będę worków dźwigać, więc tylko napełniam je ziarnem i odgartuję od młynka, ale Kozaczki, a nawet Tadzio, dogadują mi, że nie robię na równi z nimi i mam już tego powyżej uszu. Nie myślę przecież zdrowia tracić przez tę sowiecką robotę, bo gdy naprawdę zachoruję, to kto mi pomoże. […] Obmyśliłam, że w razie śmierci tutaj – nie daj Boże – zarządziłabym sobie Józefiński pogrzeb. Kazałabym włożyć na siebie tylko żółtą nocną koszulę, owinąć się w prześcieradło, bez trumny opuścić do dołu i posypać wapnem. […] Mnie by to dogadzało. W kraju, gdzie rosną drzewa, kazałabym posadzić drzewo na grobie. Tutaj słońce spaliłoby je, a burany złamały.

22 marca 1941, sobota
Pomyślny tydzień, bo w środę dostałam list od Mieczka z urodzinowymi życzeniami i wierszykiem, który tu wklejam:

W smutnym Dniu Twoich Urodzin,

Życzę Ci, moja Matuś droga,

Byś spędziła wiele szczęśliwych godzin

I aby zwróciła nam wszystko ręka Boga.

Aby nam znowu szczęścia zaświeciła zorza,

I abyśmy wszyscy powrócili w dom nasz miły!

A kraj nasz powstał znowu od morza do morza!

I niech nareszcie trawa porośnie te wiecznie świeże mogiły.

14 marca 1941

Na odwrocie wklejonego wierszyka:
Synku najmilszy, nie piszę Ci tego, ale Twoja Matuś nie doczeka się, by miała ten dostatek, jaki jej wojna zabrała. Będzie biedować do końca, ale by choć w Polsce to było! Zburzone gniazda nasze może Ty i Marysia odbudujecie – mnie już nie starczy czasu i energii, choć jako żywo pragnęłabym popróbować jeszcze swych sił w odbudowie gospodarstwa – jak przed 26 laty. Byle wrócić i jak najbiedniej żyć, czy na wsi, w jednej izdebce z Winią najlepszą z chłopskiego gospodarstwa, czy w mieście z emerytury z Mieczkiem, to by już było szczęściem. […] Mam plany, a tkwię tutaj i może zostanę na wieki jak Halaczowa, Orłowska i tylu naszych.

23 marca 1941
Na szczęście nie wołał mnie sołchoz do roboty, zadowalając się papierosem, którym go codziennie częstuję, a mam katar żołądka czy kiszek, bo w odchodach śluz i krew. […] Przy tym wychudłam znowu jak za najgorszych czasów przed chliboborką [żniwami]. […] Wlazł mi tu jakiś Kazach, stoi przy drzwiach i patrzy, jak piszę. Przypomina mi się, jak byłam młodą panienką, a Kazik w drzwiach mego pokoju – choć nie odzywałam się do niego – stał i wpatrywał się we mnie.

1 kwietnia 1941, wtorek
Jest mi niemiło, że mam więcej od Szkudłapskich, którzy już od dłuższego czasu jedzą bez omasty. Daję im to łój, to słoniny, to mąkę, ale i mnie nie przelewa się, a muszę dbać o siebie, bo i schudłam, i robi mi się czasami ciemno przed oczyma. Jem dwa razy dziennie kluski z razowej mąki na wodzie, omaszczone niewiele, bo gdy dam więcej smalcu, to zaraz choruję na żołądek, w południe placki, teraz smarowane marmoladą, więc pyszne, szklanka czarnej kawy – nie jest to wikt, a raczej coś zgoła odmiennego od odżywiania, jakie miałam przez pół wieku. […] Gdybym wtedy mogła wrócić i zabrać Mieczka na lato do Niemczewskiej czy do Strusiewiczowej, jakby to dobrze było dla niego, po tym ciężkim roku w mieście. Czasem jednak tracę nadzieję powrotu.

3 kwietnia 1941, czwartek
Wczoraj był znowu silny mróz, może minus 30°C, i buran, śniegu leży moc, w ogóle zima głęboka jak w styczniu. […] Biedny Józef bardzo przygnębiony – i pracą od 6.00 rano do wieczora w mokrych walonkach, które nigdy mu przez noc nie wyschną, a rano z trudem wdziewa je na poodmrażane nogi, i tym ciągłem borykaniem się z brakiem żywności i pieniędzy.

13 kwietnia 1941, Wielkanoc
I doczekałam się tu smutnej rocznicy naszego wywiezienia. […] Nawet listu od Mieczka nie otrzymałam, bo teraz „roztopka” i droga tak fatalna, że kiedyś na drodze do Rudnika utonął koń, wczoraj na fermie topiła się krowa sołchoza Kratojaza, podwody, które pojechały z naszej fermy I i z fermy IV do Aktiubińska po mąkę przed 10 dniami nie wróciły, bo rzeki, które przepływają przez drogę, a przez cały rok są wyschnięte, teraz huczą pełne wody. […] Nieraz myślę, że Mieczek mniej by odczuł, gdybym tu umarła, gdyż przez rok odzwyczaił się od matki, choć zawsze pisze, ile znaczą dla niego moje listy. […] Mam wrażenie, że gdybym pozwoliła sobie na uronienie paru łez, to popłynęłyby inne tak obficie, że długo nie mogłabym się uspokoić. A po co wszystkich roztkliwiać!

Śmierć

18 kwietnia 1941, piątek
Dziś rano dopiero dowiózł Józef trupa Silbermana, bo wczoraj wieczór woły ustały mu w drodze i musiał go zostawić na drodze, niedaleko fermy. Dziś kopie z dwoma Kazachami grób dla niego, a trupa położyli w izdebce, dawniej zajmowanej przez Ciesielską, twarzą do ziemi, tak jak leżał na stepie.

1 maja 1941, czwartek
Dziś ciepły, słoneczny dzień, ale boli mnie krzyż, więc nie wiem, czy będę mogła pójść na step po kiziak, który od paru dni zbieramy, myśląc o zimie. „Spodziewajmy się najlepszego, ale przygotujmy się na najgorsze”, jak to miał mój śp. Ojciec napisane w 10 przykazaniach gospodarskich.

3 maja 1941, sobota
Biedny dzienniczku! Nie mam tu nic zamkniętego, więc jesteś cenzurowany, a do tego robią mi ostre zarzuty, że o nich piszę bez ich pozwolenia, a potem wydam to i wezmę parę tysięcy za ich opisanie. Zdaje się, uważaliby to za wielkie ubliżenie być wydrukowanymi w dzienniku wdowy po profesorze UJK – zasłużonym uczonym i pisarzu – Małachowskiej de domo. Skąd można wiedzieć, co kogo może urazić?

4 maja 1941, niedziela
Miałam niemiłe zajście z furmanem Kazachem, już po 3 kilometrach za fermą kazał Jance zsiąść, powyrzucał nasze rzeczy ze swoich trzech bryk, więc pozbierali je na bryki Abliża, a ja jeszcze utrzymałam się na furze. Ale gdy droga stała się gorsza, zaczął gwałtownie nalegać, bym wysiadła, a gdy tłumaczyłam mu, że nie mam bucików, że dam mu papierosy, byle zostawił mnie w spokoju, zaczął mnie po prostu spychać i wyrzucać z fury. Ledwie zdołałam zleźć. Boże, co człowiek przechodzi na stare lata, gdy od dzieciństwa przywykł, że obchodzono się z nim ze względami. Może to jednak bolszewicy oddają nam mimo woli największą przysługę. Dobrowolnie mało kto wyrzeknie się majątku. Oni uwolnili nas od razu od tego balastu, który według słów Chrystusa sprawia, że „łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, jak człowiekowi bogatemu dostać się do królestwa niebieskiego”. Jeżeli nie ma powrotu do Polski, oby prędzej tam au-delà [w zaświaty] dostać się.

8 maja 1941, czwartek
Wtorek: posyłają mnie rwać z korzeniami suchy słonecznik na opał, jestem zadowolona, pracuję sama w stepie, cicho, bez gadań. Spóźniam się na obiad, a tu zaraz wysyłają mnie jako przyczepczyka [robotnika obsługującego narzędzia doczepione do ciągnika] na traktor. Jadę na pługu trzyskibowym, jedzie też pięcioskibowiec i trzy brony żelazne, które mi każą podnosić, ale są dla mnie za ciężkie. Traktorzysta odsyła mnie na brygadę po łopatę do czyszczenia pługów. Mówię paliwodzie, że nie nadaję się do tej roboty i choć każe mi tam wracać, idę rwać słonecznik. Wieczorem awantura, muszę być przyczepczykiem. Środa: wyruszam jako przyczepczyk. Traktuję papierosami Halickiego traktorzystę. Dobry, nie krzyczy, czasem ułatwia. Ciepło, słonecznie, nieźle, choć na pługu twardo siedzi się na poduszce burzanów i trzęsie.

26 maja 1941
Dziś dostałam list i kartkę z życzeniami od Mieczka i serdeczny liścik od Marysi B., w którym pisze, że tak przywykli do Mieczka, że nie wie, jak bez niego obyliby się i że gdy wrócę, muszę u nich zamieszkać. […] W ogóle nie mam słów uznania dla ich dobroci dla nas. Móc wrócić do tych wypróbowanych przyjaciół, wypocząć po tych trudach, besztaniach, lekceważeniach. Być jeszcze swobodnym człowiekiem, mieć nadzieję spocząć w rodzinnej, poświęconej ziemi, po przyjęciu sakramentów świętych, a nie jak nieszczęsna Orłowska, którą dopiero po przeszło trzech miesiącach znaleźli w rzece, w stanie zupełnego rozkładu, tak że zakopali ją od razu do jamy bez trumny.

Dopisek inną ręką:
Niezapomniany żal za osobą śp. Z. Ptaśnikowej na wygnaniu […].

„Ode mnie wara!”

O Autorce
Irena Nieciengiewicz (z d. Maliszewska) – urodziła się w 1924 roku na Wołyniu, gdzie jej ojciec, Władysław, był zarządcą majątku. W grudniu 1939 aresztowany przez Sowietów, został zamordowany w 1940 roku. Jego nazwisko znalazło się na „ukraińskiej liście katyńskiej” – spisie obywateli polskich zamordowanych na Ukrainie przez NKWD. Irenę z matką Walerią i bratem Władysławem – jako rodzinę „katyńczyka” – deportowano 12/13 kwietnia 1940 do kołchozu Smirnowka (Kazachska SRR). Irena Nieciengiewicz wróciła do Polski w 1946 roku. W latach 1950–72 pracowała w administracji Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Zmarła w 2017 roku. Fragmenty pochodzą ze wspomnień znajdujących się w zbiorach Archiwum Wschodniego Ośrodka KARTA i zostały opublikowane w „Karcie” w 2013 roku (Irena Nieciengiewicz, Odmowa, „Karta” nr 75).

Do Mamlutki
Podczas dwóch lat pobytu w kołchozie przeszłyśmy z mamą pełną „kwarantannę”. Przestało nas już dziwić to, co jest, i to, czego nie ma, choć być powinno. Obyłyśmy się już z buranem (burzą śnieżną), mrozem i skrajnym prymitywem, słowem – nauczyłyśmy się istnieć w tym innym świecie. Po zawarciu układu Sikorski–Majski zmieniły się warunki – przestałyśmy już być „wrogami ludu”. Mój brat wyjechał do polskiego wojska, mama i ja niestety zostałyśmy, ale postanawiając jechać z tej kołchozowej głuszy, choćby tam, gdzie jest pociąg i poczta. Przeniosłyśmy się do Mamlutki.
▪▪▪
Zamieszkałyśmy w ziemiance z bezdzietnym małżeństwem. Dziwne, że ci ludzie godzili się na lokatorów, bo ciasno było – w jednej izbie i kuchnia, i salon, i sypialnia na podłodze, szczęśliwie drewnianej. W ziemiance obok mieszkało małżeństwo Kuminowych, wyjątkowo sympatyczni ludzie. On był zwyczajnym, prostym i dobrym człowiekiem – nigdy nikogo nie skrzywdził, po prostu nie potrafiłby tego zrobić. Ona miała na imię Jewłania, umiała wróżyć, również czarować, trochę się jej tu sąsiadki bały, a była niebywale bystra, dowcipna i bezbłędnie oceniała ludzi. Gdy jej mąż został powołany do trudarmii, czyli zmobilizowany do prac fizycznych gdzieś w terenie, Jewłania przyszła do nas z prośbą, abym u niej zanocowała, bo ona boi się spać sama. Propozycja była zachęcająca. Po jakimś czasie przeniosła się też do niej mama. Było tam równie prymitywnie, ale jej stosunek do nas był serdeczny.
▪▪▪
Nasz pobyt w Mamlutce okazał się początkowo całkiem udany. Obie z mamą zajęłyśmy się pracą społeczną. Mama współpracowała z paniami Angeliną Guzowską i Marią Nieciengiewiczową w rejonowej placówce Delegatury Ambasady RP w Kujbyszewie. Ja, z Mirką Guzowską (byłyśmy prawie równolatkami), robiłam spisy rodaków ze wszystkich wsi rejonu. W Mamlutce została wtedy zmagazynowana pomoc amerykańska dla polskich zesłańców. Były to duże składy z żywnością i ciuchami. W tych składach pracował Jerzy Nieciengiewicz (mój przyszły mąż). W oparciu o spisy naszych rodaków, robione przez nas, przygotowywałyśmy zestawy żywnościowe: ryż, jakieś konserwy, a z artykułów przemysłowych – skarpety, włóczka. Tamten okres – od wiosny 1942 do wiosny 1943 – był chyba najmniej trudny. Nie dziwił już fakt, że w sklepach niczego nie ma, że sposobem trzeba zdobywać to, co konieczne do przeżycia. Z czasem miało się coraz mniejsze wymagania. Mama przestała chorować, może klimat okazał się – mimo obaw – dobroczynny, a może zgodnie z powiedzeniem: „co nie zabije, to zahartuje”.

Paszportyzacja
Zaproponowano nam przyjęcie sowieckiego obywatelstwa i paszportu. Miejscowy mąż zaufania, pani Angelina Guzowska, została wezwana do NKWD i już tam pozostała, jej córka też. Dzień później wezwania dostali wszyscy Polacy. Nikt nie spieszył się ze stawiennictwem. Rozeszła się wiadomość, że odmowa przyjęcia paszportu powoduje utratę wolności na dwa lata. No cóż, następna dawka „prawa wyboru” – albo upierać się przy własnym obywatelstwie i, odmawiając przyjęcia sowieckiego, otrzymać wyrok dwóch lat pozbawienia wolności, albo przyjąć obce obywatelstwo i cieszyć się tą niby-wolnością, jaką nas obdarzono. Wtedy powiedziałam: „Wolę dwa lata od dożywocia”. […] Nieważne było dla mnie, jak za to zapłacę, ważny był honor.
▪▪▪
Zamiast czekać, jak inni, że może to straszenie minie, wyszłam z domu. Zatrzymał mnie milicjant. „Natychmiast pójdziesz ze mną po paszport!” Poszłam. Funkcjonariusz dość długo wypisywał moje dane personalne, a następnie zaproponował przyjęcie obywatelstwa sowieckiego.
– A po cóż mi ono, mam swoje, polskie. Wasze władze wydały mi zaświadczenie, że jestem obywatelką polską przesiedloną na teren ZSRR – powiedziałam.
– Milcz! – krzyknął. – To zaświadczenie jest przedawnione.
– To możecie przedłużyć.
– Masz tu papier, podpisz.
– Już mówiłam – nie podpiszę.
– To siedź. Nigdzie stąd nie wyjdziesz.
Podrapał się i poszedł. […] Tu, gdzie siedziałam, był włączony odbiornik radiowy. Nadawany komunikat głosił, że na terenach zajętej obecnie Republiki Ukraińskiej Niemcy każą dziewczętom podpisywać folkslistę (czyli niemiecką listę narodowościową), a one odmawiają.
A to mi zaaplikował niechcący lekcję patriotyzmu. Po dłuższej nieobecności mój rozmówca wrócił zgnębiony.
– Słuchaliście radia? – spytałam.
– A co?
– Niemcy każą dziewczętom podpisywać folkslistę, a one odmawiają.
– Bo sowieckie dziewczyny to gieroinie (bohaterki) – odpowiedział.
– A co wy myślicie, że polskie są gorsze od waszych?
Pewnie nie miał pomysłu na dalsze przekleństwa, więc poprzestał na wykrzyczeniu kilku niepochlebnych uwag pod moim adresem i znów wyszedł. Zostałam sama. Była już noc, gdy wszedł naczelnik NKWD. Powiedział: „Idź”. Myślałam, że prowadzi mnie do paki, a on otworzył furtkę i powiedział: „Idź do domu, to nie jest miejsce dla ciebie”. Miałam chyba jakieś wyjątkowe szczęście.
▪▪▪

W nakazanym terminie stawiłam się w budynku NKWD. Kazano mi wejść do pokoju, gdzie przy dużym stole siedziało kilku mundurowych. Z uśmiechem powiedziałam: „Dzień dobry”.
– Boisz się nas? – zapytał jeden.
– Nie, a dlaczego miałabym się bać? Ja z wami witam się kulturalnie (wtedy to było modne słowo) i myślę, że wy ze mną też będziecie rozmawiać uprzejmie. Będzie to kulturnaja wstriecza. Bardzo ich to ubawiło. Zwrócili się do mnie z uprzejmym zapytaniem, a właściwie oświadczyli, że najpewniej przyjmę ich propozycję i podpiszę zgodę na przyjęcie obywatelstwa sowieckiego, bo robię wrażenie mądrej i kulturnej. No i na pewno moja matka będzie miała też takie zdanie. Byłam zdziwiona, że tak spokojnie rozmawiają, nie krzyczą, właściwie nie przesłuchują, tylko uświadamiają mnie. Ku mojej radości, rozmowa skończyła się nadspodziewanie pozytywnie. Jeden z rozmówców oznajmił swoje przekonanie, że zrozumiałam, iż oni mają rację. Mam wracać do domu, powtórzyć to mamie i razem z nią zgłosić się po proponowane paszporty. Nie powiedziałam już nic, poza uprzejmym: „Proszczajtie” – żegnam, i pospiesznie opuściłam budynek.

W areszcie
Parę dni później, 3 marca 1943, miejscowe władze, nie doczekawszy się odbiorców darowanych paszportów, postanowiły siłą doprowadzić opornych. Kolejno każdemu z nas zadawano pytanie: „Podpiszesz?”. Po uzyskaniu odpowiedzi odmownej, delikwent był od razu kierowany do paki. Ten areszt śledczy nazywał się KPZ (kamiera priedworitielnogo zakluczenija). Była to szopa bez krat, tylko z zaryglowanym wejściem. Nie dawano nam jeść, ale każdy coś ze sobą zabrał. Nasza gospodyni też coś nam przynosiła i przekazywała przez pilnującego milicjanta. Nie było ubikacji ani paraszy, to znaczy wiadra na odchody. Załatwić się można było za budynkiem, jeśli milicjant wypuścił. Siedziało nas w tej pace dużo kobiet, nie pamiętam już ile – tylko Polki, które nie przyjęły paszportu.
▪▪▪
Strażnik bez przerwy wchodził po kolejną osobę, którą doprowadzał na przesłuchanie. Każda z pań była namawiana do podpisania zgody na przyjęcie paszportu, choć niektórym dali spokój już po pierwszej odmowie. Ja trafiłam na śledczego, który uparł się, że mnie przekona i wzywał mnie po kilka razy dziennie. Robił wrażenie głupka, wyrażał się i zachowywał okropnie. To straszył więzieniami czy łagrami, to znowu żartobliwie popisywał się rozmową towarzyską na żałosnym poziomie. […] Ponieważ słyszałam opowieści miejscowych ludzi, że oni przy przesłuchaniach potrafią bić, starałam się te głupie rozmowy prowadzić z nim jak gdyby nigdy nic – na jego poziomie, z pogodną miną. Ale […] taneczne propozycje podczas chamskich zabiegów kosmetycznych przy spoconych nogach tak mnie zbrzydziły, że nie wytrzymałam, skrzywiłam się i, patrząc na niego z obrzydzeniem, powiedziałam: „Nie będę z tobą tańczyć, bo ci nogi śmierdzą”. Nawet go to nie oburzyło. Zaczął się śmiać. […] Jak znudziło mu się gadanie i pisanie, dawał mi te wszystkie bezsensy do przeczytania
i podpisu. Ja uparcie, nie czytając, pisałam jedno zdanie – że te wszystkie pytania i odpowiedzi są monologiem śledczego, a ja jestem obywatelką polską i tylko to stwierdzam moim podpisem. Po kolejnym złożeniu przeze mnie identycznego stwierdzenia, szłam do ciupy, a za chwilę znowu mnie wzywali. Byłam już tym niezmiernie zmęczona, ale przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym tę zgodę podpisać.
▪▪▪
Nie minęło wiele czasu, wezwano mnie znowu. Ogarnęła mnie złość – ile razy można bez skutku przekonywać. Szłam szybko już tyle razy pokonywaną drogą. „Poczekaj! – powiedział strażnik. – Idziemy teraz do nowego, przyjechał dzisiaj.” Weszłam do innego gabinetu, przy biurku siedział ktoś tak inny – miał uprasowany mundur z rangą majora, czystą, też uprasowaną koszulę i twarz tak różną od tych tu, co mieli raczej gęby, nie twarze. Powiedział, abym usiadła. – Czego ode mnie jeszcze chcecie? – burknęłam. – Już wszystko powiedziałam. – Spokojnie – powiedział, uważnie patrząc na mnie. – Słyszałem tę rozmowę z wami. Nie chciałbym tego oceniać. Proponuję – porozmawiajmy poważnie. Rozmawialiśmy bardzo długo, nie miałam zegarka. Nie starał się zachwalać propozycji przyjęcia obywatelstwa, zdawało mi się, że nie oburza go moja niechęć do wyrzekania się własnego. Pytał o zainteresowania, o plany życiowe, o przeczytane książki. Dziwił się tak dobrej znajomości języka. Pytał, czy zdaję sobie sprawę, co to jest więzienie i obóz pracy i co mnie tam czeka. Ta rozmowa była tak inna od poprzednich, jakbym była na obcej planecie. Powiedziałam mu, że chętnie rozmawiałabym z nim na każdy temat, ale od swojej ojczyzny nie odwrócę się i moja decyzja nie ulegnie zmianie. – Jeszcze porozmawiamy – odparł na to.
▪▪▪
Wróciłam do paki. Do tego samego majora wezwano również mamę, rozmawiał z nią też dość długo. Prosił, by zmieniła zdanie, przede wszystkim ze względu na mnie, bo nie mamy pojęcia, co nas czeka po wyroku, a matka powinna rozumieć, na co naraża córkę.
Nazajutrz rano zjawił się w naszym areszcie. Siedziałam przy mamie, oparta o węzełek. Podszedł do nas i z poważną miną powiedział cicho: – Przyszedłem tu w poważnym celu: zaproponować moją rękę. Mówię to szczerze i proszę o pozytywną odpowiedź. Zatkało mnie. Na tak nieprawdopodobną propozycję nie byłam przygotowana. Czyżby on był tak pewny siebie i zagrał va banque? Ze mną się nie wygrywa! Popatrzyłam na niego i też cicho powiedziałam z uśmiechem: – Po pierwsze, nie proponuje się swojej ręki, a prosi o moją, po drugie – jest ona zajęta. – Przepraszam, może russkij oficer wypowiada to inaczej niż polski, ale moja propozycja jest poważna i szczera. Przykro mi słyszeć odmowę. Proszę się jeszcze zastanowić. Wyszedł. Nie wzywano mnie już na przesłuchania.

Więzienie
Następne wezwanie dotyczyło stawienia się na rozprawę sądową. Do sądu, mieszczącego się przy innej ulicy, doprowadził mnie milicjant. Przede mną zasiadła trójka sądu ludowego: dwie kobiety i w środku postać rodzaju męskiego. Na nogach miał grube, specjalnie sfilcowane skarpetki, a zamiast butów kalosze, takie jak kiedyś w deszczowy dzień panowie wkładali na pantofle. Kobiety nie odzywały się, on zadawał mi jakieś propagandowe pytania. W końcu odczytał wyrok, ogłaszając, że za wrogą i agitacyjną odmowę przyjęcia proponowanego mi paszportu zostałam skazana z paragrafu 192a na karę 2 lat pozbawienia wolności. Co oznaczał ten paragraf, dowiedziałam się dopiero później – zostałam skazana za włóczęgostwo.
▪▪▪
Trafiłam do niezbyt dużej celi, w której przebywało 41 kobiet różnych ras i w różnym wieku. Nie było tu sprzętów, poza paraszą. Powierzchnia celi okazała się na tyle mała, że mogłyśmy tylko siedzieć w kucki albo z podgiętymi kolanami. Wyciągnąć nóg się nie dało, nie było miejsca. […] Tak to trwało prawie do połowy kwietnia. Trzy razy dziennie przynosili kipiatok, jakąś mętną zupę lub kaszę, kawałek chleba. Po trzech dniach zaczęłam coś przełykać. Aż pewnego ranka wszedł strażnik i wykrzyczał moje nazwisko: „Do lekarza!”. Powędrowałam z nim przez korytarz na piętro. Przy stole siedział lekarz w białym fartuchu, przy nim jakiś mundurowy.
– Stoisz? – zapytał.
– Stoję – odpowiedziałam.
– No tak, zdrowa. Na tym skończyło się badanie lekarskie. Po godzinie wezwano mnie znowu, tym razem „s wieszczami” (z rzeczami). Wręczono mi bochenek chleba i suszoną rybę, kazano podać imię, nazwisko i paragraf. Przeliterowałam dane osobiste, paragraf, dodając, że dostałam wyrok za to, że demonstracyjnie odmówiłam przyjęcia paszportu. „Milcz!” – wrzasnął pytający.
▪▪▪
Załadowano nas do pociągu, o dziwo, osobowego. […] Dotarliśmy do miejscowości Karabas, gdzie mieściła się rozdzielnia Karłagu i odbywał się okres zwany kwarantanną. Dla mnie to była „klasa wstępna” tej trudnej „uczelni”. Kwarantanna polegała przede wszystkim na tym, by odwyknąć od resztek zwyczajnych praw człowieka. Z pociągu poprowadzono nas do łaźni. Stałyśmy rozebrane do naga, na coś czekając. Po jakimś czasie, kiedy było nam już bardzo zimno (ubrania oddano do dezynfekcji), przed naszymi oczami przeszła grupa nagich, wychudzonych mężczyzn, tam i z powrotem. Wydawało się, że zrobiono to celowo: patrzcie, takie będziecie. Odwróciłam oczy. Jak można tak poniżać ludzi? – pomyślałam. Nie dam się! Za chwilę nastąpił ciąg dalszy. Do zaparowanej łaźni wszedł typ z obleśną, obrzydliwą gębą i z zardzewiałej puszki po rybie palcem wydłubywał szare mydło, rozmazywał je na ciele kolejnej więźniarki, wybierając z cynicznym uśmiechem przeróżne miejsca i komentując to niewybrednie. Zbliżył się do mnie, kierując łapę ku mojemu biustowi. „Poszoł won! – krzyknęłam. – Posmaruj się sam tym świństwem, a ode mnie wara!”
▪▪▪
Po łaźni poszliśmy do przeznaczonego dla nas baraku, wlazłam na górną narę, licząc się z tym, że na dole mogą bardziej zagrażać wizyty płci odmiennej. Uszykowałam sobie
legowisko, chowając jednocześnie zapasowe odzienie w węzełku i robiąc z niego poduszkę. Usnęłam od razu, ale nie na długo. Obudziły mnie pluskwy, które jak deszcz kapały z sufitu. I gryzły, jak gryzły! Tu nie miałam czym ich niszczyć, okryłam się więc szczelnie chustą, ale i tak nie mogłam spać. Po południu kazali nam sprzątać teren przylegający do oddalonych baraków. Po jakimś czasie ktoś zawołał, żeby wracać, bo przywieźli bałandę, co w gwarze więziennej oznacza zupę. Kobiety poszły szybciej, aby zająć kolejkę, ja zostałam na placu sama. Z bramy w płocie, otaczającym te baraki, wyjechał wóz przykryty plandeką, spod której wystawały gołe stopy martwych ludzi. Patrzyłam z przerażeniem na ten potworny pojazd – straszny widok. Po kilku dniach wywołano niewielką grupę do wymarszu; było w niej trzynaście Polek. Tym razem podobno odległość: 100 kilometrów – od Karabasu do miejscowości, w której mieścił się tak zwany uczastok, czyli obóz, jeden z wielu w Karłagu, zwany Prostornoje (Przestrzenne, ładna nazwa). Trasę mieliśmy pokonać na piechotę. Nasze bagaże zostały załadowane na wóz, którym jechali furman i strażnik. W połowie drogi nocowałyśmy w jakiejś budzie, w której na długość ściany było zrobione legowisko pokryte słomą. Spałyśmy utkane tak ciasno, że nie można było nawet się poruszyć. Nie wadziło to nikomu, po takim spacerze niepotrzebne były środki nasenne; spałyśmy jak zabite. Następnego dnia doszłyśmy do celu.

W kołchozie
Nasze przybycie było wydarzeniem w tym światku. Stanowiłyśmy nową, jeszcze niewyniszczoną siłę roboczą, a to było tu potrzebne. Już od rana zrobił się ruch, zjawiły się brygadzistki z różnych miejsc pracy – z ogrodu warzywnego oraz sadu, nieowocującego jeszcze, ale „z przyszłością”, badaną naukowo przez kierowniczkę, też więźniarkę, profesor biologii. Podobno była miła dla podwładnych, nie krzyczała, dbała o to, by mogli przekraczać normę, nie zamęczając się. Była więźniem politycznym, z wieloletnim wyrokiem. Władze, znając jej poprzednie opracowania, doszły do wniosku, że trzeba wykorzystać jej wiedzę i dały jej możliwość pracy w zawodzie, pole i darmową siłę roboczą. Natomiast o władzy w ogrodzie warzywnym mówiono raczej źle. Agronom – jakiś okropny, wrzeszczący Gruzin, także więzień polityczny – był szefem groźnym i wymagającym.
▪▪▪
W kołchozie praca była łatwiejsza, normy nie były przestrzegane tak rygorystycznie jak w łagrze, człowiek był najedzony. Tu jedzenie było marne: zupa, kasza jaglana z odrobiną oleju, chleb (waga uzależniona od wykonania normy) i na kolację, poza kaszą, racuszek – jedynie w nagrodę za przekroczenie normy. Rozpoczęło się sadzenie ziemniaków. Kazano nam je sadzić bardzo gęsto. Byłyśmy bardzo zmęczone. Kosze były ciężkie i niewygodne do noszenia. Łagrowe gospodarstwo ogrodnicze było prowadzone jako ośrodek naukowo-badawczy. „Jak się sadzi kartofle naukowo i badawczo, określił sam Stalin” – oznajmił nam okropny, obłędnie ideologiczny pomocnik agronoma. Sadzenie ziemniaków dawało duże możliwości – jeśli ktoś potrafił je dobrze schować, to mógł je przenieść do baraku i tam ugotować. W drugim dniu sadzenia lepiej rozeznane w terenie więźniarki, te, które były tu dłużej, rozpaliły w osłoniętym przez jakiś wał miejscu ognisko, aby upiec trochę kartofli. Niestety, nic z tego nie wyszło. Gogija – agronom – jakoś wypatrzył ognisko i rozdeptał je razem z ziemniakami, na które wszystkie miałyśmy taką ochotę.
▪▪▪
Przeniesiono nas do większego baraku, spałyśmy na legowisku we trzy. Miałyśmy z przydziału trzy byle jakie koce, ale jak przykryłyśmy się wszystkimi, to było cieplej, bo wiosna była chłodna. W baraku było okropnie – brud, zimno, przykry zapach niedomytych ciał, wrzaski i kłótnie, niewybredne żarty i uwagi bardzo różnych i nie zawsze sympatycznych współmieszkanek. Na obiad szło się pod strażą do stołówki. Kolację przynoszono do baraku: w beczce zupo-kaszę i w skrzynce porcje chleba. Rozdzielała to jakaś pomoc kuchenna. Pewnego dnia, po rozlaniu do kociołków tego żałosnego jadła i rozdaniu chlebowych porcji, wyjęła z ukrycia mały bocheneczek chleba i zawołała mnie. – A to dla ciebie od piekarza. Podobasz mu się, powiedział, że jak go zechcesz, to on ci zawsze dodatkowy chlebek upiecze. Odepchnęłam ten dar od siebie. – Oddaj to i powiedz mu, że nie ma takiego bochenka, za który można mnie mieć. – Nie bądź głupia – napomniała mnie któraś – nie chcesz chleba, to my zjemy. Przez jakiś czas pracowałam przy inspektach, to był odcinek, którym agronom zajmował się ze szczególną uwagą, bo chyba miał jakieś ambicje naukowe. Starał się udowodnić w praktyce własne pomysły ogrodnicze. Trzeba przyznać, że za miły dla swej siły roboczej nie był. Bała się go chyba większość. Ja pyskowałam, jak krzyczał. Trochę go to początkowo dziwiło, trochę złościło, potem zaczął mnie prowokować do sprzeczek, jakby się tym bawił.
▪▪▪
Po jakimś czasie otrzymałam przepustkę, co wcale nie było dobre. Inni szli pod eskortą do baraku, bo strażnicy też chcieli mieć szybciej wolne, a ja zostawałam zbierać narzędzia lub coś jeszcze kończyć. Najgorsze były samotne powroty, bo można było spotkać na przykład wozaka, który – ze względu na dostęp do przewożonej przez siebie żywności – czuł się kimś, kto dzięki temu atutowi może ubiegać się o kontakty intymne. Bez świadków mógł być dla dziewczyny groźny. Jeden z takich furmanów sobie mnie upatrzył. Gdy na polu lub w stołówce mnie mijał, ponawiał propozycję zawarcia znajomości, oferując jadalne prezenciki. Posyłałam go do diabła, on jednak nie rezygnował, a nawet przechwalał się, że da sobie ze mną radę. To mnie zaniepokoiło, widziałam już bandyckie zagrania tych „bohaterów”. Czułam się jak zwierzę łowne. Niektóre kobiety dziwiły się, że nie korzystam z możliwości. Odpowiedziałam im kiedyś: „Nie jestem do kupienia”. Powiedziałam to ze smutkiem i wtedy zobaczyłam, że obok stoi agronom i patrzy na mnie łagodnie, jak nie on. Przez parę dni nie widziałam wozaka, uspokoiłam się. Może znudziło mu się mnie zaczepiać, może zmienił obiekt zainteresowań? Kilka dni później nadjechał wóz, ale woźnicą był skośnooki staruszek o uśmiechniętej, poczciwej twarzy. Pytał o coś agronoma. „Staraj się, dasz radę – odpowiedział mu, a potem, zwracając się do mnie z uśmiechem, dodał. – Ten ma uśmiech weselszy, prawda?” Domyśliłam się, że to on załatwił wymianę.

Brygadzistka

Zaczęły się wiosenno-letnie prace w polu. Nie było jeszcze nic jadalnego do zdobycia, więc na państwowym wikcie sił było coraz mniej, a normy do wykonania ogromne. Któregoś dnia agronom oznajmił, że wieczorem po pracy mam przyjść do biura na zaplanowanie prac na przyszły tydzień. – A co ja mam do gadania? – spytałam. – Dowiesz się – odpowiedział. Okazało się, że zostałam mianowana przez niego brygadzistką. Dotychczasowa, która pracowała jako wolnonajemna – wolna, ale nie miała pozwolenia na powrót do domu – została posłana na jakiś kurs. Mnie spotkał „zaszczyt” zastąpienia jej. Starałam się przekonać agronoma, że to nie ma sensu, chociażby dlatego, że kobiety, które w brygadzie pracują (były to przeważnie Niemki z Nadwołża), lepiej znają się na tej pracy niż ja. Odpowiedział tylko: „To nieważne, dasz sobie radę. Musisz”.
▪▪▪
Na drugi dzień poszłam z grupą kobiet, z którymi ostatnio pracowałam przy pieleniu. Jak zwykle wzięłyśmy ciężkie grace w ręce, miałyśmy do zrobienia duży kawałek. Powiedziałam, że ten kawał pola jest dość duży, ale jutro idziemy gdzie indziej, więc dzisiaj musimy skończyć. Zaczęły się złościć, jedna powiedziała: „Rządzić łatwiej niż robić”. Potem zaczęły szwargotać po niemiecku. Niewiele zrozumiałam z tego, co mówiły, ale z tonu i spojrzeń w moim kierunku nie wątpiłam, że nie były to komplementy. Stanęłam przy nich w rzędzie i pracowałam jak dawniej. Były chyba tym zdziwione, patrzyły z niedowierzaniem. Od czasu do czasu siadałyśmy na trawie, żeby rozprostować plecy. I właśnie po odpoczynku, kiedy nie zdążyłyśmy jeszcze rozpocząć wszystkich prac, na horyzoncie ukazał się agronom. Złośliwe baby usiadły. Gruzin wpadł w szał. – Znowu siedziałyście! Myślisz, że nie widziałem, jak wywiązujesz się z obowiązków? Co ty sobie myślisz? – A to – odpowiedziałam – że praca jest ciężka, czasem trzeba odpoczywać dłużej. – Uważaj, moja cierpliwość może się skończyć! Kobiety z mojej wrednej ekipy milczały, ale miały zdziwione miny, ze dwie nawet zawstydzone. Nie przypuszczały, że stanę po ich stronie. W myśli układałam jakieś zdanie. Spokojnie powiedziałam, pewno z błędem, ale po niemiecku: „Już poszedł, możemy pracować”. Baby zdębiały, zaniepokoiło je to. Bo jeżeli potrafi mówić, to rozumiała nas… Było im głupio, a ja udawałam, że nic się nie stało; cieszyłam się z wygranej.
▪▪▪
Pewnej nocy nagle poczułam, że ktoś szarpie mnie za ramię. Stał nade mną strażnik. – Wstawaj! Ubieraj się! – Z rzeczami? – zapytałam. – Nie! Ubierałam się i zastanawiałam, o co tu chodzi. Odbyłam już ponad połowę wyroku, nie miałam jakichś wpadek. No tak, w środku nocy na nic dobrego nie można liczyć. Szliśmy wolno w nieznane, doszliśmy do ogrodzenia, za którym stał niewielki domek, jakby murowany. Drzwi się otworzyły. Stał w nich dostojnik w mundurze, oficer. Miał dużo medali, był mały, skośnooki, nie byłam pewna jego narodowości. Weszliśmy do dużego pokoju. Stało tam biurko i dwa wygodne krzesła. Uprzejmie poprosił, żebym usiadła – usiadłam. Wersal w tym piekle – pomyślałam. – Szkoda pani rąk, takie są zniszczone tą ciężką, fizyczną pracą, a bardziej by się nadawały do gry na fortepianie. Pomyślałam sobie: Czego on chce? Co za dziwny wstęp! – Wcale nie mam rąk nadających się tylko do gry na fortepianie, a i tu chyba nie pora na koncertowanie. Trudno, jest jak jest, skoro tu jestem, to robię, co muszę, a rąk nigdy nie miałam ładnych. – No, widzi pani, zapewniam, że nawet tutaj nie musiałaby pani tak ciężko pracować, tu też może być lżej, tylko trzeba mnie posłuchać. Jest pani mądrą dziewczyną, ludzie panią lubią, rozmawiają pewno o wszystkim. Wystarczy, że opowie mi pani, a załatwię takie warunki, na jakie na pewno pani zasługuje, niczego nie zabraknie. No jak? Dlaczego pani milczy? – Pomyliliście adres, ja nie jestem z tego gatunku, co się sprzedaje. Donosicielem trzeba się urodzić. Ludzie mnie lubią, bo i ja ich lubię. Nie mogę ich zdradzić. – Ja nie mówię o waszych, pracujecie z Rosjanami i nacmienami (tak nazywano mniejszości narodowe). Wcale mi o waszych nie chodzi, powtarzam – właśnie o naszych. Z łaskawą miną zwracał się do mnie per „wy”, z szacunkiem, nie per „ty”. – Ja już raz powiedziałam – nie jestem donosicielką, nie będę donosić, nikt mnie do tego nie zmusi. […] Mój opór bardzo go poirytował, jego spokój prysł. Spojrzał na mnie już innym okiem, wyciągnął z szuflady rewolwer, położył na stole i innym tonem, zwracając się per „ty”, powiedział: – Czasami trzeba trochę pomyśleć o sobie. Uważaj! Za drzwiami stał strażnik. Wracaliśmy do śpiących jeszcze niewolnic w baraku. Nie wiem dlaczego, jednak wracałam. Czy miałam znowu szczęście? Bo jednak przez pięć lat parę razy już je miałam. Czy wszystkie kobiety w baraku tak mocno spały? Wszystkie na pewno wiedziały, że jak prowadzi kogoś strażnik, to lepiej nie pytać. 


Znów na wolności
Przyszła wiadomość, że mam być odstawiona – tak jak przedmiot – do Karabasu, na punkt przesyłowy. Trafiłam do centrali Karłagu o nazwie Dolinka. W tym odrutowanym, parterowym osiedlu było wszystko: piekarnia, kuchnia, łaźnia, pralnia, suszarnia, jakieś biuro czy urząd, chyba coś sanitarnego. Wszystko to mieściło się w tak zwanej zonie męskiej. Kobieca zona była wewnątrz niej, odgrodzona drutami. Mężczyzn było tam podobno ponad 4 tysiące, kobiet – około 400. Pracowało się albo na terenie obozu, albo szło się poza druty pod konwojem. Byłam wtedy bardzo słaba, zmęczona i zgaszona, wyglądałam jak cień. Wiedziałam, że muszę uciekać od pracy fizycznej, nie miałam już sił. […] „Te kobiety, które potrafią robić na drutach, ustawiają się przy mnie!” – zawołał jakiś majster. Powędrowałam w jego kierunku.
▪▪▪
Nie wiem, jak nazywano tę wytwórnię rękodzieła, ale warunki były znośne. Przy stole grupa kobiet zespołowo wykonywała jakieś zamówienie. Były to prace chyba przez kogoś zlecone, nie poznałam jednak odbiorców tych „dzieł”. Musieli to być niewybredni ludzie. Ja i dziewczyna trochę starsza ode mnie, też Polka, jako pierwszą robotę dostałyśmy rajtuzy z prutej wełny – każda jedną nogawkę. Może jej połowa była ładniejsza – z pewnością były różne. Majster albo był niedowidzący, albo miał tak dobre serce, że tę pracę przyjął bez uwag. A może – tak jak ja – chciał tu tylko przetrwać resztę wyroku. […] Ktoś zaprotegował mnie jako specjalistkę od dzianin. Otrzymałam zamówienie na zrobienie swetra. Zamawiającym był ktoś, kto płacił chlebem, co było dużym ryzykiem. Ale zaryzykowałam, bo bardzo zależało mi na zarobieniu chleba na suchary. Dostałam chyba jakiś wykrój ze starej koszuli, wymyśliłam ścieg z miniażurem. Nie było to coś nadzwyczajnego, ale wyszło. Przyjęto bez zastrzeżeń. Za wykonanie swetra otrzymałam 10 porcji chleba po 700 gramów. To nie były duże kawałki, chleb był wilgotny, sucharów wyszło niewiele.
▪▪▪
Nadszedł 2 marca – ostatni dzień pobytu za drutami. Powiedziano nam (trzem Polkom), że na bramce są dla nas przepustki. Istotnie, otrzymałyśmy papier, z którego wynikało, że odsiedziałyśmy karę zgodnie z paragrafem i w odpowiednim terminie zostałyśmy zwolnione. Strażnik, podając mi tę laurkę, z miną dobrego wujaszka powiedział: „Idź! Szczęścia życzę, tylko nie odwracaj się przypadkiem, bo wracać tu nie warto!”. Nie tracąc czasu, pognałyśmy na dworzec, by sprawdzić, czy prawdziwa jest plotka, że ostatnio, z racji jakichś trudności nie do pokonania, pociągi nie kursują. Wiadomości uzyskane na dworcu nie były pocieszające. Wprawdzie linia kolejowa nie została zlikwidowana, ale na nasze usilne pytania, kiedy będzie pociąg, odpowiadano: „Jak przyjdzie jego pora”. Nie było innego sposobu na pokonanie dalekiej drogi, trzeba było czekać. No i jeszcze sprawa biletu. Wsiadanie do pociągu bez biletu było karane więzieniem, z którego dopiero co się wyszło. Ale bilety, zgodnie z jakimś zarządzeniem, sprzedawane były tylko tym, co wracali na front. No i jak to pogodzić? Przyszło nam czekać dwa tygodnie. Domek, będący naszym hotelem, nie miał zamków. Pierwszej nocy zostały okradzione kobiety śpiące bliżej drzwi – zaczęłyśmy barykadować na noc wejście. Janeczka, którą znałam z Mamlutki, dołączyła do nas dzień później. Była bardzo operatywna; uważała, że musimy jakoś ten wyjazd załatwić – jak nie można zwyczajnie, to sposobem. Dwa dni gdzieś krążyła, aż przyszła do mnie z propozycją: „Załatwię tobie i sobie bilety na ten pociąg, co kiedyś przyjdzie, ale za to trzeba zapłacić. Ja nie mam nic, a ty masz chustę, za którą się załatwi”.
▪▪▪
Wreszcie dowiedziałyśmy się, że pociąg wyruszył już ze stacji początkowej. Jednak kiedy dojedzie – nie wiadomo. Trasa była długa, dobrze, że istniał telefon i stacja kolejowa została powiadomiona, a przez kolejarzy – my. […] Janeczka powiedziała mi, że dla naszego bezpieczeństwa pod żadnym pozorem nie wolno nikomu przyznać się do dokonanej transakcji. Głupio mi trochę było z tą biletową tajemnicą wobec reszty grupy, ale obiecałam, więc milczałam. Zapowiedzieli wjazd pociągu – stałyśmy obok kasy obie, nie wierząc już w spełnienie obietnicy. Wtedy podszedł do mnie jakiś człowiek, nie zdążyłam mu się nawet przyjrzeć. Podał mi rękę, mówiąc: „Szczęśliwej drogi!”. Poczułam coś w ręku – to był bilet. Pomachałam dziewczynom, skłamałam z zażenowaniem: „Zaryzykuję” i pobiegłam do wagonu. Wsiadłam, Janeczka też, pociąg ruszył.
▪▪▪
Do Pietropawłowska dojechałyśmy rano. Nie miałyśmy odwagi na zdobywanie miejsca w pociągu do Mamlutki. Nie miałam już podstawy „rzeczowej”, więc zdolności korupcyjne mojej towarzyszki na nic się nie zdały. Zaryzykowałyśmy jazdę autostopem. Długo czekałyśmy przy szosie na skraju miasta. Zaczęło już szarzeć, gdy na moje sygnały zareagował kierowca ciężarówki. Po targach, za resztę moich pieniędzy, zabrał nas obie. Powiedziałam, że sama nie wsiądę, więc wolał dostać mniej, ale jednak zarobić. Wysiadłam w Mamlutce na głównej ulicy. Do domku – ziemianki przy Karola Marksa 7 – szłam na przełaj przez polankę. Nie wiem, skąd one wiedziały, że idę, może na zmianę czatowały przy oknie. Kiedy zbliżyłam się do domu, mama i Jewłania wybiegły do mnie. Płakały, ja też. Po chwili była już tylko radość.

Powrót do Polski
Pamiętam dokładnie moment, w którym dowiedziałam się, że skończyła się wojna. Nie był to radosny głos przekazujący oczekiwaną, dobrą wieść. Usłyszałam szloch kobiety – była to Rosjanka, właścicielka chałupy z naprzeciwka. Biegła do nas, szlochając i krzycząc: „Wojna się skończyła, a oni nie wrócą? Już nikt mi ich nie odda! Miałam męża i trzech synów, wszystkich mi zabrała! I z czego mam się cieszyć? I jak tu żyć?”. Wiadomości o tatusiu i Dudku brak. Ja i mama nie wiedziałyśmy, czy spotkamy swoich. Po powrocie do tej niby wolności każdy dzień był czekaniem na koniec zesłania. Główny temat to powrót do domu. Nie było już dawnych Delegatur, nie istnieli mężowie zaufania. Nastał Związek Patriotów Polskich z przedstawicielką na miejscu, która nic nie wiedziała. Nie mieliśmy już żadnej pomocy. Nędza zajrzała do domu niejednej polskiej rodziny. Udało się nam nawiązać kontakt z siostrami mamy, mieszkającymi w centrum Polski. Jerzy pisał z wojska do mnie podobno co dzień – przychodziło na raz po kilka listów.
▪▪▪
Kiedyś ktoś z miejscowych zaprosił mnie do klubu, jakoś się wymówiłam, ale wpadłam na pomysł, że – pod pozorem organizowania klubu polskiego – uda mi się stworzyć miejsce, gdzie można by zająć się grupą polskich dzieci, które Polski nie pamiętają i, przebywając wśród miejscowych, zaczynają mieć kłopoty z językiem ojczystym. Matki zapracowane, brak szkoły. W pobliżu mojej pracy (w tzw. autobazie) była wolna izba. Poszłam więc do rajkomu (czyli rejonowego komitetu partii) i wróciłam ze zgodą na wykorzystanie izby na świetlicę dla gromadki polskich dzieci. Wieść o świetlicy pocztą pantoflową dotarła do wszystkich. W umówionym dniu przyszłam z tomikiem wierszy Mickiewicza i pustą głową. Jak tu zacząć? Przywitałam się i powiedziałam z prośbą w głosie: „Nie liczcie na wiele, nie mam ani pieniędzy, ani ciekawych książek czy innych pomocy. Mam tylko cel i nadzieję. Będziemy tu rozmawiać, opowiadać i śpiewać po polsku, a potem może czytać – mam tylko jedną książkę, może też pisać coś od siebie. Bo pomyślcie – pewnie niedługo wrócimy do kraju. Tutaj częściej mówicie po rosyjsku, jedno lepiej, drugie gorzej. Dzieci wołają za wami: «Ej, Polak!», i słusznie, a wy musicie być z tego dumni, bo to ogromna duma być Polakiem. Ale jak wrócimy do Polski i będziecie źle mówić po polsku, inne dzieci powiedzą o was: «Ruski». Będzie wam wstyd i przykro, więc bierzmy się do roboty!”.
▪▪▪
Po długim oczekiwaniu ruszyła sprawa repatriacji. […] Nadeszły wreszcie wyczekiwane wagony. Żegnałyśmy się, mama i ja, ze łzami w oczach z naszą poczciwą Jewłanią, która naprawdę płakała, płakał też jej mąż. Wyjechałyśmy po sześciu latach, w nieznane. Nie wracamy do domu, bo go nie ma – tam, gdzie był, nie ma Polski. Jechałam do tej wyśnionej Polski. Czy ona czeka na nas? Czy to, że nie chciałam jej się wyrzec, wolałam płacić za to utratą wolności, spotka się z aprobatą, czy też będę kimś słusznie karanym? W drodze minęliśmy się z jakimś przerażającym bydlęcym pociągiem – przez zakratowane okienka wołano do nas po polsku. Dokąd jechał ten pociąg? To nie napawało radością. Pociąg zatrzymał się w Dęblinie, odczepiono parowóz – znaczy, że postoimy dłużej. Był pogodny, ciepły dzień. Wysiadłam, miałam jakieś sowieckie papierosy. Podeszłam do stojących na peronie kolejarzy, poczęstowałam paczką stamtąd i usiedliśmy pogadać. Moje opowieści tak im przypadły do gustu, że grupka słuchaczy rosła. Po kwadransie byliśmy już jak starzy znajomi. Zapytałam po jakimś czasie, czy nie dałoby się z nimi dojechać do Warszawy. Okazało się, że bezpośredniego dojazdu nie było. – My – powiedzieli – towarowym jeździmy. – A my, jak panowie myślą, salonkami? Jazda do Warszawy stała się po chwili wspólną sprawą wszystkich zebranych. – Ile was? – zapytał najbardziej pomysłowy kolejarz. – Około dziesięciu osób – powiedziałam – plus niewielkie węzełki. Jeden z nich zniknął na chwilę, a potem okazało się, że należy powiedzieć tym, co chcą jechać, aby bez zwracania na siebie uwagi wysiedli z pociągu z bagażem. – Kolega rąbnął bagażówkę – powiedział jeden z przemiłych kolejarzy – doczepimy do naszego składu, zmieścicie się panie wszystkie. Dojedziemy do Pilawy, a stamtąd kolejką podmiejską dowiozą was do Wschodniego.
▪▪▪
Jechaliśmy wolno, stałam przy otwartym oknie. Mogłam patrzeć na kwitnące bzy. Jakże one pachniały! Sześć lat nie widziałam bzu, tam nie rosły. Wczesnym rankiem dojechaliśmy do Wschodniego. Moja mama i chyba reszta grupy zostali na dworcu, a ja z mamą Jerzego wsiadłam do tramwaju – „dwójki”, która kursowała na ulicę Grochowską. Wysiadłyśmy przy Podskarbińskiej i szłyśmy te pół przystanku. Doszłyśmy do Kickiego. Pomyślałam, że ojciec Jerzego pewno go zawiadomi, więc i on będzie w domu. Podeszłyśmy do drzwi. Zapukałam, otworzył Jerzy. Miał całą twarz w mydle, bo właśnie się golił. Po chwili ja też miałam buzię w mydle. 


„Boże, skróć nasze męki!”

O Autorze
Konrad Rafałowski – był nauczycielem matematyki i fizyki we lwowskim gimnazjum. Z żoną Marią mieli czworo dzieci: Anielę (ur. 1908), Janinę, Jerzego i Stefana (ur. 1902). Został deportowany 13 kwietnia 1940 ze Lwowa do miasta Burtagaż koło Gieorgiewki (semipałatyńska obł., Kazachska SRR) wraz z żoną, córką Anielą i jej mężem Zbigniewem Wzorkiem, wnukiem Zbigniewem i wnuczką Hanną. Po 1941 roku rodzinę przeniesiono do Namanganu (Uzbecka SRR). Autor zmarł latem 1942, a żona Maria rok później, latem 1943. Córka Aniela wraz z rodziną wróciła do Polski w 1946 roku. Fragmenty, uzupełnione dopiskami rodziny, pochodzą ze wspomnień znajdujących się w zbiorach Archiwum Wschodniego Ośrodka KARTA (sygn. AW II/2322).

Burtagaż
8 maja 1940
Chleb przyszedł. Kupić nie można.

9 maja 1940
Upieczony chleb, cienki placek – sam zakalec.
Młodym każą ciężko pracować – nie płacą nic. Wiadomości z gazet radzieckich: część Polski okupowaną przez Moskali zajęli Niemcy, którzy zajęli też Rumunię.

10 maja 1940
Nie dali mleka z centryfugi [wirówki]. Brak chleba.

11 maja 1940
Zimno, wichura. Brutalnie wypędzają na robotę nawet Alę, choć ma chore dzieci, i nas dwoje starych. Pranie chustek w rzece.

12 maja 1940
Zielone Świątki. Zimno, ponuro, wichura – potem wypogadza się. Zbyszek pojechał po zakup mąki, jaj do Gieorgiewki. Apteka zamknięta, nie dostał nawet śluzu dla Zbigniewka, który od tygodnia ma bronchit.

20 maja 1940
Zimno, deszcz. Od dwóch tygodni wyprzedajemy się z minimalnych zasobów ubrań wziętych z domu, aby kupić chleb, mleko i mąkę. Skazani na powolną śmierć głodową.

21 maja 1940
Pogoda dość ciepła. Dzieci po grypie wychodzą na powietrze. Jajko – 50 kopiejek. Mleko pełne – 2 ruble, z centryfugi – 10–30 kopiejek.

24 maja 1940
Pogodnie i ciepło, Zbyszek pojechał do Gieorgiewki. Kupił 4x16 kilogramów mąki i 100 jaj. Sprzedał swój garnitur za 580 rubli. Pranie chustek i skarpet.

10 czerwca 1940
Bardzo ciepło, mali kazachscy chłopcy kradną nad rzeką bieliznę i pranie.

16 czerwca 1940
Pogoda. Ala, Janka, Zbigniew pojechali do Gieorgiewki […]. Mania sprzedała koszulę za 30 litrów mleka. Wieści: Paryż zajęty przez Niemców, amerykańska flota obsadziła Morze Śródziemne, bo Włosi poszli razem z Niemcami. Zbyszek na noc poszedł na robotę przy kanałach i wrócił 17 czerwca chory.

17 czerwca 1940
Dali dzisiaj paszporty.

18 czerwca 1940
Wyjazd do Gieorgiewki Zbyszka i Ali. Po raz pierwszy mięso na obiad.

W Gieorgiewce
20 czerwca 1940
Pogoda. Zbigniew z Marianem pojechali do Gieorgiewki w sprawie przeniesienia się tam, a Ala z Myszką do Rudnik w sprawie zębów. Wicher ciepły tutaj od wschodu. Po południu wichura i trochę deszczu. Otrzymałem przekaz 100 rubli, wysłany 11 czerwca, nie wiem od kogo, niech mu Bóg stukrotnie zapłaci, prawdopodobnie wysłany przez Sobińską. Po pieniądze pojechała Basia ze Starlaków Dulębina. Pieniądze, jak talon informuje, przysłali Lutka i Stefan pod imieniem Kotylaka Katarzyny.

2 lipca 1940
Pogoda, bardzo ciepło. Przeprowadzka na nowe mieszkanie.

7 lipca 1940
Upał, do Gieorgiewki Zbigniew pojechał z kartką do Sobińskiej. Przywiózł 3 pudy mąki po 55 rubli.

8 lipca 1940
Pochmurno, czasem mży, trochę grzmi, deszczyk. List od Burzyńskiej i Bobina.

9 lipca 1940
Pogoda. Upał. Czuję się bardzo osłabiony (oddech). Odjechali Kozłowscy do Gieorgiewki.

18 lipca 1940
Upał. Zbyszka gardło boli, gorączka. Dzieci chorują od kilku dni na żołądki.

22 sierpnia 1940
Pogoda, ciepło. Ala do Rudnika na pogrzeb Banachowej […].

Kołchoz
15 września 1940
Marysia i Zbigniew do Gieorgiewki. Władze postanowiły – jutro mamy wyjechać do kołchozu im. Stiepana Razina.

16 września 1940
Pogoda, dość ciepło, wyjazd do kołchozu Razina odwlekany, nie dają wołów.

17 września 1940
Zbigniew pojechał na zwiady do Razina.

19 września 1940
Pogoda, ciepło. Zbigniew wrócił z wiadomością nieszczególną, wyjazd jutro wieczór lub 21 września rano.

20 września 1940
Pogoda, ciepło. O 5.30 wyjazd do Razina, o 7.00 z Gieorgiewki, o 9.15 przyjazd do Razina, już zmierzch.

26 września 1940
Zimno, mróz. Hanka chora, nie ma opału, nie można upiec chleba.

27 września 1940
Dość ciepło. Boże, wybaw nas z tego piekła. Fura karaganu [krzewu rosnącego na Syberii].

10 października 1940
Dość pogodnie, zimno. Zbigniew zbłądził w powrocie z karaganu i późno wrócił, po 10.00 w nocy, błądził parę godzin.

11 października 1940
Pochmurno, chłodno. Zbigniew o wóz wystarał się i połowę karaganu zwiózł. Zimno po południu, pierwszy śnieg.

1 listopada 1940
Wszystkich Świętych. Wicher, mróz. 10 bochenków chleba.

2 listopada 1940
Dzień Zaduszny, wichura, przyszły dwa przekazy na dwie paczki od Stefy i Sobińskiej.

3 listopada 1940
Zbyszek zgubił okulary, dwie paczki od Stefy i Sobińskiej.

Sroga zima
28 listopada 1940
Buran – wichura, czwarty dzień bez chleba. Boże, ratuj!

30 listopada 1940
Przekaz na 200 rubli do Zbigniewa od Tota.

1 grudnia 1940
Niedziela adwentowa. Pochmurno, łagodnie, ciągle jesteśmy bez chleba. Boże, daj nam go.

2 grudnia 1940
Pogodnie, mróz, pod wieczór buran.

7 grudnia 1940
List do Stefy z prośbą o książki. Brak chleba. Daj nam go, Boże!

8 grudnia 1940
Niepokalane Poczęcie NMP. Pogodnie, mróz umiarkowany. Listy od Sobińskiej i księdza do Zbyszka.

10 grudnia 1940
Buran, silny mróz, bardzo zimno w mieszkaniu.

16 grudnia 1940
Buran wszystko zasypał.

18 grudnia 1940
Śnieg, buran, głód, brak chleba.

19 grudnia 1940
Pogoda, mróz poniżej minus 25°C. Ciągle brak chleba i mąki.

20 grudnia 1940
Ciągle głód. Ratuj nas, Boże.

21 grudnia 1940
Mróz minus 30°C. Widmo głodu zupełnego, męczarnia. Boże, ratuj nas.

25 grudnia 1940
Boże Narodzenie. Ala dostała 500 rubli, a Janka 300 rubli przekazem.

26 grudnia 1940
Świętego Szczepana. Buran pod wieczór szaleje.

31 grudnia 1940
Spokój, pogodnie, mróz. Zbigniew pojechał do Gieorgiewki. List od ks. Cierniaka i Frania. Jezuici przysłali dwie książeczki.

6 stycznia 1941
Trzech Króli. Mróz, bardzo dużo śniegu. Zbigniew pojechał do Gieorgiewki, ale wrócił z drogi z powodu braku koni.

7 stycznia 1941
Buran szaleje, wszystko zawiane, nie pali się w piecu karagan.

11 lutego 1941
Buran silny – potwornie zimno, wszystko zasypane. Wzywa NKWD Zbigniewa do siebie. Zbigniew nadal robi sceny dla teatru.

Wieści o wojnie
Zapiski z marca, kwietnia i maja zaginęły. Pozostałe zaczynają się od 16 czerwca 1941.
16 czerwca 1941
Pogoda, chłodno.


18 czerwca 1941
Zbyszek pojechał 150 kilometrów na roboty drogowe.

29 czerwca 1941
Pogoda, ciepło. Ala na roboty. Kartka od Sobińskiej.

21/22 czerwca 1941
Napad hitlerowców na Rosję.

22 czerwca 1941
Trzecia niedziela po Zielonych Świątkach, życie robi się coraz straszniejsze.

24 czerwca 1941
Paczka od księdza i od Totka – gorąco.

25 czerwca 1941
Wieści o wojnie.

26 czerwca 1941
Boże, skróć nasze męki!
Powróć nas do wolnej Polski
Powróć nas do Polski potężnej Twoją potęgą
Boże, wysłuchaj nas miłościwie i nie zwlekaj
z okazaniem Twego miłosierdzia
i Dobroci i Mocy i Opieki Cudownej.
Niech nasza wiara, choć jeszcze słaba, nie zachwiała się
tylko wzmocniła Twoim miłosiernym przychyleniem
do naszych próśb niegodnych.

30 czerwca 1941
Pogoda, wicher. Ala, Zbyszek dostali przekaz na 100 rubli. Już wiadomości w rosyjskiej gazecie o wojnie z Niemcami. Ze zmęczenia marszem do rzeki – silny ból serca. Wieści o wojnie wśród Rosjan, że nie tylko Niemcy, ale i Turcy, i Japończycy idą na Rosję. Przygnębienie wśród Rosjan, odgrażają się nam, bo sądzą, że my się z ich biedy cieszymy. Złe ich sumienie względem nas podsuwa te myśli.

4 lipca 1941
Pogoda, chleb. Ala na roboty daleko, parę kilometrów? Wiadomości: cała Polska zajęta przez Hitlera – Moskali biorą wszystkich do wojska – domysły, że i Japończycy uderzyli na Moskali. Wieści przez radio i gazety będą skasowane. Boże, zlituj się, wszystko złe na świecie zamień w dobre i święte…

8 lipca 1941
Pogoda. Zbigniew pojechał do Zaimki. Boże, zlituj się, weź mnie do Siebie – abym nie był ciężarem dla moich, weź nas w swoją opiekę. Amen. Ala zgubiła wiatrówkę. Trzecie urodziny Hanki.

15 lipca 1941
Wniebowzięcie NMP. Pogoda, ciepło. O Matko Niepokalana, spraw, bym już na tej kartce zanotował, że wracamy do Polski, do Ojczyzny. Amen.

20 lipca 1941
Pochmurno. Chleba nie ma, mąki nie można kupić. Czuję, jak mi z każdym dniem siły nikną i żal wielki potęguje się we mnie, że mogę umrzeć tu na wrogiej mi i niepoświęcanej ziemi, bez Twojej pomocy, o Boże, i bez Świętych Sakramentów. Ach, zlituj się i pozwól mi swą Wszechmocą i Miłosierdziem bez granic umrzeć w Polsce wolnej z Twym błogosławieństwem w Twoich Świątyniach. Błagam Cię o to w Imię Syna Twego Jezusa Chrystusa, w Imię Jego Zasługi Krwi i Męki na krzyżu – Amen.

21 lipca 1941
Pogoda. Brak chleba.
Dezynfekcja ubikacji gazami. Spanie pod gołym niebem na ziemi. Siły do życia nie czuję, osłabłem zupełnie.

25 lipca 1941
Pochmurno, dość ciepło. Do wojska biorą coraz więcej młodych kołchoźników. Idą niechętnie, z trwogą, beznadziejnie. Po południu trochę deszczu. Głupie pogłoski ktoś rozsiewa, że jakieś Polki wysadziły most…

27 lipca 1941
Ósma niedziela po Zielonych Świątkach – pogoda. Powołanych dwóch nowych do wojska.

Amnestia i przeniesienie
2 sierpnia 1941
Imieniny Ali, upał. Wieści, że Hitler prosi o pokój… Ja mam ponoć gorączkę, muchy roznoszą zarazę, roje much! Bardzo osłabiony.

3 sierpnia 1941
Dziewiąta niedziela po Zielonych Świątkach. Pogoda. Upał.
Zbigniew pojechał na koczowanie i na sianokosy. […] Wieczorem przyszła gazeta, donosząc, że 30 lipca 1941 podpisany został układ polsko-rosyjski o wzajemnej pomocy wojskowej. Wypuszczeni zostali wszyscy więźniowie polityczni i wojskowi. Na terenie Rosji tworzyć się ma pod polską komendą działająca armia polska […]. Boże Wielki i Miłosierny, dziękuję Ci i proszę o dalszą Twoją przemożną opiekę i zwycięstwo nad wrogami. Amen.
Brak dalszych notatek z sierpnia, następne już po wyjeździe z kołchozu Razina na stacji kolejowej w Dżingistobe.
Niepewne informacje o transporcie do kraju, mamy dostać pociąg osobowy – tylko bez bagaży. Nic realnego nie zrobiono. Bagaż oddawać na Samarkandę… do…? […] W końcu dociera telegram, by się wstrzymać z wyjazdem, bo dopiero za dwa tygodnie dadzą nam wagony do jazdy na południe. Czekać będzie trzeba znowu na stacji w Dżingistobe, gdzie jest bardzo drogo. Nocujemy i tę noc na stacji, na swoich kuferkach podróżnych.

1 listopada 1941
Wszystkich Świętych. Sobota – dość ciepło.
Wynosimy się wszyscy z dworca do wynajętej izby wspólnej z tubylcami.

2 listopada 1941
Zaduszki. Niedziela. Pogodnie – zimno po pierwszym noclegu pod dachem. Oglądamy mapę w szkole – szukamy miejscowości, dokąd mamy jechać. Druga noc u Kazachów w sionce. Skradziono nam tu kosz spakowany z naczyniami. Boże, ulituj się nad naszą nędzą i nieszczęściem! Jeszcze nic pewnego co do dalszego wyjazdu. Nasi komitetowi „delegaci” nadęci i nic konkretnego dla nas nie robią. Miały być wagony i przejazdy bezpłatne, a dotąd nic i słowa puste. Trzecie noc u Kazacha. Wiatr wściekły i deszcz. Łotrowska odpowiedź – telefon komitetu polskiego z Semipałatyńska: nie będą transportować nas, jak obiecywali, tylko niech każdy radzi, jak sam chce! Można nawet zdechnąć z głodu i zimna. Był telegram, że możemy już jechać, ale znowu nie było miejsc w pociągu!

7 listopada 1941
O 3.00 rano zbudzono nas. Ma być pociąg nadzwyczajny o 7.30 rano. Wreszcie jesteśmy w wagonie. Boże, prowadź nas i opiekuj się nami. Błogosław nam i Polsce w każdej dobrej sprawie.

8 listopada 1941
Pogoda, mróz. Cały czas w drodze, o 9.00 rano Usztebe – pociąg bardzo wolno jedzie.

9 listopada 1941
Ukradziono mi w nocy złoty kieszonkowy zegarek. To była dla nas cenna rzecz – można było kupić za to chleba. Doświadczasz nas, Boże, strasznie. Twoja wola, choć ciężki żal. Daj siły Ducha Twego, aby nie upaść. O 10.00 przyjazd do Ałmy-Aty – dotąd 50 godzin jazdy.

W Namaganie
12 listopada 1941
W nocy o 12.10 pociąg minął Taszkient, nie zatrzymując się. Potem zmienił kierunek w stronę Fergany, Kokandy, Namaganu. O 5.00 po południu przyjechaliśmy do Kokandy, aby wysiąść w Namaganie.

13 listopada 1941
Chłodno, pochmurno. Cały dzień pod gołym niebem, noc na podłodze w Czajchanie.

14 listopada 1941
Zbyszek szuka mieszkania, Ala z chorą Hanią poszła do szpitala.

15 listopada 1941
Zimno coraz większe. Natłok ludzi zwiększa się. Przenieśliśmy się do mieszkania pod wieczór. Nora bez ściany, okien i drzwi. Boże, nie bądź głuchy na prośby.

16 listopada 1941
Ala z Hanką jeszcze ciągle w szpitalu. Śnieg i mróz. Strasznie mi zimno – nocleg na dworze, bo nasza nisza nie ma ściany. Boże, zlituj się i daj łaskawą śmierć albo siły, aby to nieszczęście znieść dla chwały Twojej i dla odpokutowania win naszych. Ach, jak zimno. Już zasypialiśmy na dworze, wtedy gospodarz ulitował się nad nami i około 10–11.00 w nocy wziął nas do swojej izby.

18 listopada 1941
Pochmurno, mróz. Trzecią noc będziemy w tej samej izbie. Godzinami czeka się w kolejce na kawałeczek chleba, w mokrych trzewikach.

19 listopada 1941
Gospodarze już więcej nie chcą nas. Nie dają jednak zameldowania, a bez tego nie można dostać pracy. Ciężko jak z kamienia. Buty mokre, nogi przeziębione, kuferki w pociągu ukradzione.

21 listopada 1941
Pochmurno, mróz. Mania poszła jak i wczoraj, i przedwczoraj rano za chlebem. Marznie w ogonach, nogi przemoczone, Zbigniewek kaszle. Zbigniew od kilku dni biega daremnie za pomieszkaniem, za zameldowaniem i za pracą. Boże, zlituj się nad nami i nie doświadczaj nas ponad nasze siły. Odpuść nam nasze winy, daruj resztę strasznych kar. My odpuszczamy wszystkim. U małego Zbyszka wysypała się również odra. Przenosimy się na nowe mieszkanie.

22 listopada 1941
Pogoda, mróz. Dzisiaj pierwsza noc na nowym mieszkaniu. Zimno, bez pieca, na wilgotnej podłodze. Chleba nie ma, tylko na śniadanie, a na wieczór paprykowa zupa. Druga noc fatalna. O świcie katastrofa żołądkowa u mnie.

2 grudnia 1941
Pogoda, dość ciepło. Zbigniewek 38,7°C, termometr zbił się. Od dwóch dni mówi się, że Polaków mają zabrać do Dżambułu, gdzie Amerykanie mają przysłać nam pomoc. Zbigniew wieczorem 37,4°C. I tak chodził za chlebem w błocie bez skutku siedem razy.

Choroby
14 grudnia 1941
Trzecia niedziela adwentowa. Odwilż, chmurno. Drugi dzień leżę cały dzień. Ponos [biegunka] ohydny. Hance lepiej. Ala gorączkuje 38°C, a pod wieczór 39,2°C.

15 grudnia 1941
Pochmurno. Zbigniew mały bez gorączki. Ali mniejsza. Ja tu tracę siły z dnia na dzień. Chryste, weź mnie do siebie.

16 grudnia 1941
Pochmurno, Zbigniew poszedł po lekarza dla mnie. Rozpoznał, że to róża i wezmą mnie do szpitala. Nie wzięli.

22 grudnia 1941
W nocy deszcz, mgła, błoto. Chleb stary, ciągłe pragnienie. Róża spalona, pali przy zetknięciu z odzieżą jak ogniem. Ameryka z Japonią w wojnę, w której zwyciężają. Z Rosją źle. My Polacy tak męczymy się […]. Boże, zlituj się.

25 grudnia 1941
Boże Narodzenie. Lekarz do Hanki i do mnie.

1 stycznia 1942
Boże, błogosław, zlituj się. W nocy nad ranem Haneczka umarła (miała 4,5 roku). Boże, weź ją w swoje ramiona, niech będzie szczęśliwa. Uproś mi u Boga śmierć w Bogu jak najprędzej. Zlituj się nad nami. Ponos wstrętny i ohydny u mnie. Chleba już nie wydają, mąki odrobina.

Widmo śmierci
27 stycznia 1942
Mróz – błoto. Bardzo ciężko i słabo mi. Twoja wola niech się stanie.

28 stycznia 1942
Błoto, wszy zagryzają.

29 stycznia 1942
Mróz. W nocy dwa razy trzęsienie ziemi.

30 stycznia 1942
Deszcz, wszy można łapać garściami. Śmiertelnie osłabiony.
Po 6 lutego 1942 zapis kontynuuje Matka Ali Maria Rafałowska pod dyktandem Ojca.

11 lutego 1942
Chlapa. Zbyszka z wojska zwolnili.

17 lutego 1942
Pogoda. Stach konający.

18 lutego 1942
Chmurno. Stach umarł cichutko o 9.00 rano.

20 lutego 1942
Pogrzeb Stacha o 5.00 po południu, nigdzie nie można było dostać trumny ani desek na trumnę. Zawinęło się ciało w sześć dużych materiałów i na wozie powieźli na cmentarz. Przy końcu dnia śnieg i zimno.

22 lutego 1942
Niedziela. Cały dzień chmurno i zimno. Ubranie Stacha poszło za 500 rubli.

1 marca 1942
Ciepło, słońce – znacznie mniej chleba. Poduszka Stacha przerobiona, sprzedana za 80 rubli.

5 marca 1942
Zbyszek chory od poniedziałku (3 marca), zdaje się na grypę. Pogoda, słońce.

7 marca 1942
Pogoda – słońce. Zbyszek wciąż gorączkuje, obaj lekarze sami nie wiedzą, czego mu brakuje.

23 marca 1942
Wypogadza się powoli. Zbyszek leży czwarty dzień, zapalenie miedniczek nerkowych. […] Śnieg leży, bardzo zimno. Zbyszkowi trochę lepiej, mnie coraz gorzej, tracę z każdym dniem władzę w rękach i nogach, mam szalony ból przy każdym ruchu.

30 marca 1942
Wiosna bez słońca.

1 kwietnia 1942
Ciepło – słonecznie. Zbyszek pojechał po obiedzie do nowego mieszkania.

3 kwietnia 1942
Wielki Piątek. Noc dla mnie straszna, w dzień lepiej – w nocy boli.

4 kwietnia 1942
Wielka Sobota. Rano chłodne dni, potem upał, ręce bardzo bolą.

8 kwietnia 1942
Nie smuć się niczym
Nie drżyj przed biczem złej doli
Bóg jest niezmienny – w cel twój promienny
Zdążaj wytrwale co sił, a będziesz jak mocarz żył.

Koniec zapisków Ojca i Matki.
Maria Rafałowska żyła jeszcze rok. Zmarła latem 1943 i została pochowana obok męża i wnuczki Haneczki.

„Urodziłam się pod Szczęśliwą Gwiazdą”

O Autorce
Janina Ejgierd – urodziła się w 1905 roku w Tarnowie-Krzyżu. Skończyła seminarium nauczycielskie i pracowała jako nauczycielka na Kresach Wschodnich. Wzięła ślub ze Stanisławem Ejgierdem (1897–1970), który był naczelnikiem poczty. Mieli dwóch synów – Zbigniewa (1930–1971) i Wiesława (ur. 1935). Po wybuchu wojny mąż działał w lokalnej podziemnej wojskowej organizacji przeciw Niemcom i Rosji. Został aresztowany 20 marca 1940. Janinę deportowano 28 czerwca 1940 z Równego do miasta Marżakul (rej. Siemioziornoje, obw. kustanajski, Kazachska SRR) wraz z synami. Od sierpnia 1945 przygotowywała się do ucieczki do Polski, we wrześniu wyjechała do Lwowa. Powróciła z synami do Polski do Tarnowa 25 września 1945. W 1947 roku do rodziny dołączył Stanisław Ejgierd. Po repatriacji Janina nadal pracowała jako nauczycielka, najpierw w podtarnowskich wsiach – Siedlcu i Rudce, a od 1955 roku w Krzyżu, tam została dyrektorką szkoły i angażowała się w życie społeczne miasta. Zmarła w 2008 roku w Tarnowie.
Fragmenty pochodzą ze wspomnień znajdujących się w zbiorach Archiwum Wschodniego Ośrodka KARTA (sygn. ZS 616).

Deportacja
Po aresztowaniu mojego męża podejrzane typy stale obserwowały mój dom i każdego, kto do mnie przychodził. Ponieważ już wiedziałam, że spotka mnie ten sam los, że przyjdą po mnie i trzeba być gotową na Sybir, często przy otwartym oknie głośno mówiłam, by obserwatorzy słyszeli: „Gdyby po mnie w nocy przyjechali zabierać mnie do Rosji – to najpierw nie otworzyłabym im drzwi, a gdyby siłą chcieli wcisnąć, to dałabym w łeb siekierą”. Widocznie to doszło do wiadomości tam, gdzie trzeba, bo po wszystkich jeździli od 1.00 do 4.00 w nocy, a po mnie przyjechali o 10.00 przed południem w ładny słoneczny dzień 12 czerwca 1940. Dwóch mężczyzn w białych koszulach, ubranych po cywilnemu i dwóch żołnierzy z karabinami skierowanymi do mnie w mieszkaniu. Jeden z tych mężczyzn mówi: „Przyszliśmy zabrać was do Związku Radzieckiego – macie 15 minut na ubranie się i zabranie do 50 kilogramów bagażu – auto stoi przed domem”.
▪▪▪
Stoi przede mną blondyn z kędzierzawymi włosami, wiek ponad 30 lat, drugi trochę starszy – ponieważ są to cywile, a więc nie wiem, jaką mają rangę, to nadaję im przezwiska – do blondyna zwracam się „kuczerawy”, to znaczy kędzierzawy. […] Naturalnie rozmawiali po rosyjsku, a ja mówiłam do nich łamaną ruszczyzną. Zaczęłam się pakować, zbierać manatki, brakło worków, to poszłam do sąsiadki, by mi uszyła worki z portier. […] Po wyjściu z workami pakuję pościel i ten kuczerawy jeszcze mi pomaga – a drugi, chcąc się do czegoś przydać, pyta, czy mam ziemniaki […]. Nabrał dwa worki i wyniósł na samochód. Zobaczył w piwnicy dużo wina i też pozwolił mi wziąć dwie butelki porzeczkowego. […] Kuczerawy pozwolił mi nawet wziąć poduszki materacowe z łóżka, łóżko dla młodszego syna i żelazne łóżko służącej dla mnie, zabrane z kuchni. […] Co najważniejsze, pozwolili mi wziąć dwie grube książki lekarskie Lekarz domowy ratuje zdrowie, wydanie wiedeńskie […]. Wzięłam nawet książkę o Józefie Piłsudskim – ale oni jej nie widzieli. […] Wreszcie wybiła godzina 14.00, a więc pakowałam się cztery godziny – chyba ja jedna miałam takie szczęście, bo kogo pytałam się, to nie miał ani jednej minuty więcej niż 15 minut na ubranie się i wyjście z domu.
▪▪▪
Pół wagonu (pociąg bydlęcy) miało dach dziurawy jak sito, a pół wagonu możliwie cały. […] W wagonie bałagan – ruszyć się nie można. Pociąg odjeżdża – w wagonie płacz, po prostu ryk, który szczególnie wzmógł się, gdy przekraczaliśmy granicę. W wagonie 48 osób, w tym 17 dzieci, najmłodsze ma osiem miesięcy – duchota, brak powietrza, po prostu dusimy się – w jednym rogu jest koryto z wylotem na zewnątrz, to jest miejsce do załatwiania swoich potrzeb. […] Widząc, że nie damy rady, nie ma czym oddychać, pytam się, czy ktoś wziął ze sobą siekierę – a byli tam też rolnicy – i jeden z nich ją miał. Wzięłam ją do ręki i zaczęłam walić w deskę przy korycie odchodowym, i tak długo waliłam, aż deskę odbiłam […]. Deska odpadła i powietrze wtargnęło do wagonu. […] Trzeba i to napisać, że za te 17 dni podróży dostaliśmy trzy obiady, czyli przypaloną zupę. […] Przejeżdżamy w nocy przez Wołgę, statki oświetlone na całej szerokości rzeki. Mijamy już góry Ural – czujemy, że Europę zostawiamy. […] Jedziemy – nikt nie wie, dokąd i co nas czeka.

W Siemioziornoje
Wreszcie docieramy do Kustanaja, wojewódzkiego miasta Kazachstanu. Wysiadamy z pociągu, czekamy, wreszcie podstawiają auta ciężarowe do rozwiezienia Polaków po całej obłaści (województwie). Było 60 wagonów wypełnionych Polakami. […] Nas zawieziono do Siemioziornoje, 90 kilometrów od stolicy województwa. Step – upał 43°C, bo jest 16 lipca – nie widać pól uprawnych, trawa sucha stercząca wysoko, miejscami wypalona, może przypadkowo, może i umyślnie. […] Rejon Siemioziornoje to małe miasteczko, w którym jest siedem jezior, stąd jego nazwa – tu zrobili nam spisy w NKWD, dali po kawałku ładnego pszenicznego chleba i powieźli nas dalej jeszcze 190 kilometrów. Rejon Marżakul – tu byliśmy o 2.00 po północy. Było już jasno i słońce zaczęło wschodzić. Tu miała miejsce gehenna naszego życia.
▪▪▪
Był tam długi barak w ziemi na kilkanaście mieszkań, mały budyneczek drewniany, czyli szkoła miejscowa, a trochę dalej budynek dla brygadzisty. […] Na razie zatrzymali nas w budynku szkolnym i straż NKWD, która przyjechała z nami, wskazała nam w stepie jakieś 500 metrów dalej trzy budynki puste, każdy o trzech mieszkaniach. W nich mieszkają rodziny obsługujące 250 krów, bo to był sowchoz hodowlany. Teraz te rodziny zostały wywiezione na step na wypas bydła, a powrócą do nich jesienią. Więc te puste mieszkania przeznaczono dla nas. […] Oglądałam je po kolei, wszędzie dwie izby, brak podłogi, brudno i pełno robactwa.
▪▪▪
Mnie przydzielono do robienia cegły na remont baz stajennych, a moją współlokatorkę do pieczenia chleba dla robotników polowych. […] Okazało się, że 100 kilogramów mąki pszennej to nie tak łatwo jednorazowo zamiesić rękami. Dlatego ja jej musiałam pomagać miesić ciasto i każdym włosem pot kapał z czoła. Prócz tego przywieźli wielkie kłody drzewa z tajgi do piłowania i rąbania, też musiałyśmy obie to robić, a prócz tego musiałam jeszcze obliczać wypiek. To trwało lipiec i połowę sierpnia. Potem robiłam dalej cegłę, miesiło się nogami glinę. Nieraz trzeba było przynieść 40 wiader wody ze studni, a była 10 metrów dalej. Pod koniec września remontowałam ściany obór dla krów. […] Była to bardzo ciężka praca.
▪▪▪
Tymczasem wieczorem przyszedł milicjant po moją współlokatorkę Stanisławę i nie było jej całą noc. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Wróciła rano spłakana, nieszczęśliwa poszła do pracy, a ja nie wiedziałam, dlaczego. Przychodzimy z pracy, trzeba coś dzieciom zrobić do jedzenia – ja miałam dwóch synów, a ona trzech (13, 9, 5 lat). Nadchodzi wieczór, znów ta sama historia. Przychodzi po nią milicjant, całą noc tam przebywa, rano wraca wykończona, spłakana. Nie wytrzymuję i pytam ją, co za przyczyna tego trzymania na milicji. Nie chce mi powiedzieć, więc jej perswaduję, że może pomogę, byle mi tylko zdradziła, co za przyczyna […]. Najpierw żąda ode mnie przysięgi, że nikomu nie zdradzę, bo czeka ją wielka kara, a nawet kara śmierci. Okazuje się, że chodzi o mnie, jestem na czarnej liście i trzeba donosić, co mówię, co piszę, z kim kontakt utrzymuję. […] Okazało się, że takich osób, które miały mnie pilnować i donosić, było 11, a byli to: Polacy, Czesi, Żydzi i Ormianie. Po czym to poznałam – bo wszyscy mi zadawali takie same pytania. […] Najlepiej jedna z Żydówek zapytała się mnie: „Czy pani zadowolona, że pani tu jest?”. Odpowiedziałam, że jestem bardzo zadowolona i wdzięczna Stalinowi, a ona na to mówi do mnie, że zawsze powtarza, że „pani jest zadowolona”.

Amnestia
22 czerwca [1941] poszłam zobaczyć, jak wygląda mój ogród warzywny, ponieważ śnieg stopniał pod koniec maja i wszystko bardzo ładnie rosło. Idziemy z tej bakszy, bo tak nazywali Kazachowie te działki, a tu chłopcy biegną do nas z krzykiem, że jest wojna, a po południu będzie miting na „płoszczadzi”, czyli zebranie na rynku. Poszliśmy na ten miting, a tam przemówienia, że wróg napadł na nasz kraj i wzywają ochotników na front, bo Niemcy napadły na Związek Radziecki. Zgłaszali się ochotnicy i zapełnili cały samochód ciężarowy, nie pozwolili nawet iść do domu ubrać się. Jak się potem okazało, ani jeden z tych ochotników nie wrócił, wszyscy skierowani na front – zginęli.
▪▪▪
W lipcu 1941 gen. Sikorski nawiązał kontakt ze Stalinem i dali nam zaświadczenia, że jesteśmy Polakami – bo mieliśmy zsyłkowe dowody osobiste na pięć lat zsyłki i te dowody nam odebrali. Mieliśmy teraz większą swobodę, bo jako że Rosjanie mieli swoich kłopotów dużo, to nami interesowali się mniej. Zaczęła się organizacja armii polskiej – Polacy młodsi i starsi wyjeżdżali do wojska do Buzułuku. Nastąpiła częściowa amnestia więźniów i takim sposobem także mój mąż amnestią został zwolniony z obozu z Norylska za kołem podbiegunowym. Gdy Niemcy napadli na Związek Radziecki, mąż był w więzieniu w Kozielsku […].
▪▪▪
Dali nam trochę swobody, mogliśmy nawet zagrać w teatrze moją sztukę czteroaktową o wolności i niepodległości 30 i 31 maja 1942. Tłumaczenie dałam NKWD, prowadziłam również chór i tańce z naszą polską młodzieżą na scenie. Jedna piosenka miała kontrowersyjny tekst: „Czy umrzeć przyjdzie nam na polach, czy w tajgach Sybiru nam gnić, z trudu naszego i znoju Polska powstanie, by żyć”. Pierwsze słowa zmieniliśmy na „czy w dalekich krajach nam żyć” […]. Wykorzystałam chłopca, który świetnie odgrywał „hejnał z wieży mariackiej”. Na naszym przedstawieniu było 20 żołnierzy radzieckich ze swoim dowódcą […], który zdziwił się, gdy usłyszał, jak chłopiec odgrywa językiem nasz piękny hejnał. Byliśmy tym zachwyceni, nie tylko Rosjanie, ale oni po przedstawieniu wzięli chłopaka na pole i kazali mu jeszcze raz zagrać […].

Więzienie i paszportyzacja
Jest 1943 rok – na froncie rosyjskim niewesoło – organizuje się Armia Kościuszki [armia Berlinga] w ZSRR. Ja wciąż jestem na czarnej liście, ale mam jeszcze jedną pasję. Mam książki lekarskie, o których wcześniej wspominałam […]. Te książki pomagały mi rozeznać każdą chorobę. W tym czasie Międzynarodowy Czerwony Krzyż przysłał nam lekarstwa do Kazachstanu, a ponieważ nie było lekarza, lekarstwa przydzielano mnie, wiedząc o moich książkach lekarskich i zainteresowaniach.
▪▪▪
Gdy wróciłam do domu, milicjant już czekał na mnie – zostałam aresztowana 11 marca 1943, ale nie za leczenie, lecz za szpiegostwo. Po wprowadzeniu mnie do celi w więzieniu rejonowym, zobaczyłam coś okropnego – na pryczy były tak nabite wszy, że nie było wolnego miejsca […]. Późno wieczorem przyszedł po mnie do celi strażnik, żebym szła na śledztwo. […] Po trzech tygodniach z rejonowego więzienia wywieziono mnie do wojewódzkiego więzienia w Kustanaju. […] Znów jedziemy cały dzień o głodzie i chłodzie, a dopiero o północy zajeżdżamy przed więzienie. […] Czekamy na mrozie dwie godziny. […] Ubranie oddaję do odwszalni (dezynfekcji), a ja idę do łaźni. […] Idziemy na czwarte piętro, strażnik wepchnął mnie do jednej celi, gdzie leżały na pryczach już dwie kobiety. […] O 1.00 w nocy strażnik przychodził po mnie i prowadził mnie na śledztwo, które trwało do 4.00 i znów mnie odprowadzał do celi, i to powtarzało się w każdą noc. […] Wreszcie po paru tygodniach namawiają mnie, względnie podsuwają mi pismo o treści: „Dobrowolnie zrzekam się obywatelstwa polskiego i dobrowolnie przyjmuję obywatelstwo sowieckie po nakazu Stalina”. Znów cała rozprawa – i mówię, że jak „po nakazu Stalina”, to nie dobrowolnie. […] Mówię do nich: „Jakie to wasze państwo jest, że siłą zmuszacie mnie do przyjmowania waszego obywatelstwa” i daję im przykład – gdybym chciała mieć chińskie obywatelstwo, to nie wiem, czy byłoby to tak łatwo zdobyć, a wreszcie co wam po takiej obywatelce jak ja – co ja mam wspólnego z waszym Stalinem. Wreszcie podpisuję pismo „po nakazu Stalina”.
▪▪▪
W kancelarii powiedzieli mi, że będę zwolniona z więzienia – zdziwiłam się. Jak jednak wyglądało to zwolnienie – oddano mi zeszyty angielskie, bo w domu była rewizja po moim aresztowaniu i dowiedzieli się, że ten Ormianin, który zna dziewięć języków, języka angielskiego uczy mnie w języku rosyjskim. Po moim aresztowaniu wezwano tego profesora Ormianina i pytano go, dlaczego chciałam się uczyć języka angielskiego, miałam również książki kazachskie do uczenia się – uznali, że to wszystko było mi potrzebne do szpiegostwa. Oddali mi te zeszyty, a na 300 rubli, które mi zabrali po aresztowaniu, i dokumenty o zwolnieniu z więzienia kazali czekać pod więzieniem. […] Ponieważ do domu w Siemioziornym miałam 90 kilometrów stepem […], rano stanęłam na trasie, gdzie można było spotkać jakąś okazję […]. Jechały trzy osoby saniami zaprzęgniętymi w wielbłąda, ale w innych jechała również kobieta, więc wsiadłam na te drugie.

Armia gen. Andersa
Zorganizowano Armię Kościuszki, znów wzięto podrośniętych Polaków. Patrioci wydają gazetę „Wolna Polska”, w której Wanda Wasilewska krytykuje armię Andersa, używając obraźliwych epitetów. Ponieważ NKWD już wiedziało, że mój mąż jest w armii Andersa, to listy od niego były zwracane z adnotacją „wybyła”. Nic o tym nie wiedziałam, a dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy mąż jeden list napisał na adres mojej gospodyni, drugi na syna, a trzeci na adres biura meldunkowego. Kiedy byłam na poczcie, urzędniczka w sekrecie powiedziała mi, że są trzy listy jednakowym pismem pisane – to chyba od mojego męża. I potajemnie oddała mi te trzy listy, z których dowiedziałam się, że listy męża są zwracane.
▪▪▪
Należałoby jednak wspomnieć, że gdy Niemcy napadły na Związek Radziecki, życie nasze zmieniło się – ale nie we wszystkim. Gdy front cofał się na ziemie polskie, zaczęto robić spisy Polaków. Nikt nie wiedział, po co. Wreszcie dowiadujemy się, że niektóre rodziny będą wycofywane z Kazachstanu, lecz na żadnej liście mnie nie ma. Aż jednego dnia, w marcu 1944, dostaję list z ambasady w Moskwie, bym zorganizowała uroczystości kościuszkowskie, i przysłano mi referat do odczytania. […] Naturalnie nie wykorzystałam tej okazji, a referat dałam przewodniczącemu Związku Patriotów Polskich, by odczytał go na akademii przygotowanej przez Polaków. Okazało się, że w referacie było dużo obraźliwych słów opisujących armię Andersa, pisano o jej żołnierzach jako zdrajcach, uciekinierach. Stało się więc jasne, dlaczego przysłali to do mnie. Przewodniczący Związku Patriotów […] przy czytaniu opuścił te wszystkie obelżywe słowa – nikt tego nie zauważył, bo nikt nie znał treści referatu oprócz mnie. Zaczęły się przetargi: ten pojedzie, ten nie pojedzie, a ja pierwsza do tych ostatnich należałam. Prócz wymienionych przykrości przeżywałam chorobę dzieci. Obydwaj chłopcy, teraz już w wieku 14 i 9 lat, przechodzili silną malarię. […] W tym czasie szerzyły się prócz malarii: czerwonka, szkarlatyna, tyfus brzuszny i tyfus plamisty.

Czarna lista
Przyszłam do buchaltera, by go prosić o pomoc w mojej trudnej sprawie. Chcę mu powierzyć moją skrytą tajemnicę, a był to Czech, który przyjął obywatelstwo radzieckie, służył Związkowi Radzieckiemu wiernie i nawet przez myśl mu nie przeszło, że ja mogę go prosić o coś, co może mnie i jego narazić na wielką przykrość. […] Przedstawiam mu sprawę, że chcę jechać do naszego przedstawicielstwa w Kustanaju ich samochodem, ale żeby nikt o tym nie wiedział, a w pracy to ja sobie załatwię wszystko sama. On wiedział, że ja jestem na czarnej liście i nie mam możliwości powrotu do Polski. […] Na drugi dzień rano podjeżdża auto wojskowe i oficer (lejtnant) wysiada i pyta o moje nazwisko (a stało dużo osób i czekało na okazję, by jechać). Wsiadam na ciężarówkę i siadam obok lejtnanta – rozmawiamy na różne tematy, z powrotem też mnie zabiorą, a będą w nocy o 23.00 na placu autobusowym. Idę do inż. Kafenke, naszego przedstawiciela konsulatu, który bywał u nas w Siemioziornym i znał moją sytuację. […] Zapytuję, czy nie mogłoby województwo (obłast) zrobić listy wyjazdów Polaków, wtedy ja bym znalazła się na tej liście – bo teraz, gdy wszyscy wyjadą, to ja nie będę miała żadnych szans wydostać się z tego kraju. Bardzo mu się spodobała ta moja propozycja i mówi, że nie będzie żadnych trudności, by taką listę zrobić, bo on jest w dobrej komitywie z sekretariatem wojewódzkim partii komunistycznej ZSRR, a więc to uda się na pewno. […] W ten sposób udało mi się załatwić jedną z najważniejszych spraw. Już w ciągu tygodnia przyjechał nasz przedstawiciel konsulatu i to z pierwszym sekretarzem partii komunistycznej ZSRR w Kustanaju. Przywieźli listę Polaków do wyjazdu z Siemioziernoje, a choć jeszcze nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy, na tej liście byłam trzecia.

Sowchoz
W sierpniu 1944 przyjechało dwóch wojskowych z Armii Kościuszki […], którzy prowadzili dokładną ewidencję wszystkich Polaków. Zmienili decyzję – przewodniczącym wyjazdu miał być przewodniczący ZPP, który dostał 6 tysięcy rubli na potrzeby transportu, ale oni przywieźli zarządzenia władz wojewódzkich i mnie naznaczono przewodniczącą transportu Polaków. […] Jest 13 listopada – transport nas, prawie żebraków rusza na zachód, ale jeszcze nie wiemy, gdzie – stacja kolejowa oddalona 8 kilometrów wybudowana przez Polaków w tym czasie, kiedy przybyliśmy tam, nosi nazwę Amankaragaj (witaj, czarny lesie). Dowieziono rodziny polskie ze wszystkich stron i załadowano nas do wagonów bydlęcych, obecni byli przy tym członkowie NKWD. Po załadowaniu 60 wagonów ruszyliśmy głodni, zmarznięci, a co najważniejsze dużo było chorych – umierali w drodze i trzeba było na stacjach wynosić ich z pociągu. Przyjeżdżali, zabierali z wagonu, nikt nie wiedział, gdzie ich chowali, a rodziny jechały dalej. Ponieważ część osób nie wzięła ze sobą chleba, to było go mało, ale niektórzy zrobili sobie trochę sucharów na drogę. Chodziłam po wagonach i żebrałam, żeby dzielili się nimi z chorymi. Na stacjach kupowałam od kobiet mleko, ale pieniędzy brakło. Jechaliśmy w okropnych warunkach. Po dwóch tygodniach jazdy wysiedliśmy w Karagandzie i poszliśmy do łaźni […], a rzeczy włożono do dezynfekcji na godzinę.
▪▪▪
Wreszcie 5 grudnia dojechaliśmy do Charkowa. Pogoda mroźna – wysiadamy. Na miejscu straszny widok – peron zalany jest ludzkim kałem, bo z jednej strony stał pociąg z rodzinami jadącymi na Sybir (z więźniami) z Polski, a z drugiej żołnierze niemieccy, którzy dostali się do niewoli. Nas dzielili wagonami do sowchozów i kołchozów. Nasz wagon został przydzielony do sowchozu „Komunist” w miejscowości Łozowaja – 150 kilometrów od Charkowa. Rano przyjechały po nas ciężarowe samochody – przywieźli nas do Łozowoj i porozdzielali po domach z rodzinami rosyjskimi. […] Teraz nam było gorzej niż w Siemioziernym, bo tam miałam działkę i trochę jarzyn na niej, a teraz wszystko trzeba było kupić. Bieda, głodówka była wielka. Sowchoz był zobowiązany dawać nam obiady z kotła, ale wtedy, gdy nasi, Polacy, szli do pracy. Jeśli w niedzielę nie szliśmy do pracy, to nic nie dostawaliśmy. A tędy przechodził osiem razy front i dlatego wszystko było bardzo zniszczone. […] Zimową porą pracowaliśmy przy czyszczeniu zboża, przesuszonych ziaren słoneczników na olej. Dostawaliśmy za to pół kilograma chleba i zupę z kotła – najczęściej przypaloną. Były rodziny, które nie miały ani ciepłej odzieży, ani butów, nie było w czym chodzić do pracy.

Ucieczka
Dyrektor wezwał mnie do swojego biura i tonem bardzo życzliwym powiedział, że mnie obserwuje już od dłuższego czasu i z rozmów ze mną wnioskuje, że powinnam poznać dobrą nowinę dla mnie, że gdybym dobrowolnie przyjęła obywatelstwo radzieckie, to spotkałoby mnie wielkie poważanie, a nawet jest możliwe, że mogłabym dostać się w deputaty do Moskwy. Przyjęłam to na wesoło. Dodałam: „a potem skończyłaby się moja kariera…” – nie dokończyłam, bo on domyślił się, co chciałam powiedzieć. A więc od 15 sierpnia [1945], czyli tego pamiętnego dnia, przygotowywałam się do ucieczki. […] W tym czasie chodziłam do pracy przy żniwach, by się niczym nie zdradzić, że przygotowuję się do ucieczki. Gorzej było z pociągiem, bo nikt nie mógł wejść do wagonu bez sprawdzenia dokumentów. Ja miałam znajomego oficera, inwalidę wojennego (bez ręki), który był rewizorem pociągu Symferopol–Moskwa. Ja jego matkę wyleczyłam z choroby i jemu zdradziłam swoje zamiary z prośbą, by mi pomógł. On odpowiedział dobrze, „postarajus”, co będzie możliwe.
▪▪▪
Jest 1 września 1945. […] Rewizor Pietia (bo to on był) jechał wtedy pociągiem Łozowaja–Charków i powiedział mi, gdzie mam stać. Noc ciemna, trójka dzieci, moi dwaj synowie i chora Ania – a tu koło pociągu chodzi komisja i sprawdza, kto wsiada. Między komisją jest nasz dyrektor kołchozu, sprawdza, czy ktoś nie ucieka z jego pracowników, bo w przeddzień zostaliśmy usunięci z pomieszczeń kołchozu do pomieszczeń rozbitych bez okien. Widząc go, ukryliśmy się za wagonem. […] Gdy przeszli dalej, nasz przyjaciel Pietia otworzył swoją służbówkę i kazał nam położyć się na podłodze, dopóki pociąg nie ruszy. W Charkowie miał się zorientować, czy da się załatwić jakiś bilet chociaż za łapówkę. Rano przyjechaliśmy do Charkowa. Pietia poszedł załatwić swoje i nasze sprawy służbowe. […] Pieti jak nie ma, tak nie ma, a tu przez radio podają, że o 15.00 będzie jechał pociąg z amnestiowanymi więźniami z Władywostoku do Lwowa. Moja nadzieja – może się uda tym pociągiem dostać do Lwowa. Tymczasem po jakimś czasie przybiega Pietia i mówi: „ciocia, nic się nie da zrobić, nikt nie chce ryzykować, nawet za wielkie pieniądze nie dadzą biletu”, ale mówi, że on mnie wsadzi do wagonu […], a dalej żebym sobie sama radziła. Tak też było – o 15.00 pociąg wjechał na stację i Pietia wsadził nas do wagonu towarowego z myślą, że jakoś dojedziemy do Lwowa.
▪▪▪
Po jakimś czasie podstawiono tak zwany pociąg sanitarny – w każdym wagonie stała kobieta i sprawdzała dokumenty. Do wagonów osobowych nie było sensu podchodzić, bo nie miałam żadnych dokumentów. Na końcu pociągu przyczepione było 10 wagonów bydlęcych towarowych, do których ładowali się Ukraińcy, którzy jechali do Polski na grabież. Do tych wagonów była taka chmara ludzi, że trudno było wejść. […] Pomalutku pociąg rusza, ale ta chmara ludzi wisi na prawie wszystkich 10 wagonach towarowych tak, że groziło to wielkim niebezpieczeństwem. Kobieta kierownik ruchu daje znać, by pociąg zatrzymać i nakazuje wojskowym, by odpędzili ludzi od wagonu, a tych, co nie mają miejsc i jeszcze wiszą, zdjęli z wagonu. Wojskowi zrywają tych ludzi jak snopki i tak dwa razy zatrzymywała pociąg. […] Ciasnota była tak wielka, że całą noc staliśmy na jednej nodze.

Powrót do Polski
Na drugi dzień [po przyjeździe do Lwowa] poszłyśmy do Związku Patriotów Polskich. Pani sekretarz tej organizacji, Żydówka, zapytała mnie: „Jak pani przyjechała bez dokumentów?”. Ja jej na to: „Gdyby pani była na moim miejscu, to by pani straciła nie tylko dokumenty, ale i głowę”. Ona jednak swoje: „Ja pani bez dokumentów nie zarejestruję, bo nie wolno, może tego dokonać tylko komisja ewakuacyjna ukraińsko-polska, która dzisiaj urzęduje w Winnikach 5 kilometrów za Lwowem”. Nie ma czasu na myślenie – o 10.00 rano, decyduję, idziemy do Winnik.
▪▪▪
Energicznie wcisnęłam się do pomieszczenia komisji. Pan komisarz o dość antypatycznej twarzy i widocznych na niej szramach wyglądał groźnie. Ja jak zwykle tłumaczę, że szłam, nie znałam drogi, spóźniłam się i znów musiałam kłamać, że dzieci śpią na ulicy i że nie mam dokumentów ani pieniędzy, bo mi je skradziono. […] Zaświadczenie otrzymałam, to pierwszy dokument, który trzeba było przedstawić u Patriotów Polskich. […] Przychodzimy do klasztoru bernardynów – jest północ. Obok moich synów siedzi brat Ludwik (bernardyn) i gdy nas zobaczył, wykrzyknął: „wy żyjecie!”, a ja z uśmiechem na ustach pytam, dlaczego miałybyśmy nie żyć. Brat Ludwik wypytuje, gdzie byłyśmy cały dzień do rana. Gdy ja to wszystko opowiadam, pyta, czy nie bałyśmy się iść lasem, bo w tym lesie grasuje banda ukraińska, która morduje Polaków. […] Na drugi dzień zaniosłam zaświadczenie komisji Związkowi Patriotów i sekretarka wciągnęła nas na bezpłatne posiłki. […] Trzeba było jeszcze zarejestrować się i ustalić datę wyjazdu do Polski.
▪▪▪
Pociąg miał odjeżdżać 20 września, tymczasem opóźnił się o trzy dni i trzy noce, które przekoczowaliśmy na peronie we Lwowie w deszczu i niepogodzie. Pociąg ten miał ewakuować Polaków do Zabrza. Były to wagony towarowe bez dachu, węglarki. „Wygód” było co niemiara, ale jechaliśmy do Polski wymarzonej, wyśnionej – a dla mnie tak odległej, gdy byłam w więzieniu najpierw rejonowym, potem wojewódzkim, gdy wciąż zadawane mi pytania dotyczyły podejrzeń o szpiegostwo. […] Kobiety uwięzione i zasądzone były przeważnie kierowane do kopalni węgla w wodzie i jeśli któraś wytrzymała dwa lata, to musiała być bardzo mocna. Przeważnie ich siły kończyły się po roku. Miałam się więc z czego cieszyć, że już jadę do Polski, do Tarnowa, gdzie mieszkali moi rodzice i rodzeństwo, którzy nie mieli pojęcia, jak myśmy żyli.
▪▪▪
Jestem w Tarnowie na stacji rano 25 września 1945. Podbiega do mnie dorożkarz i pyta: „Gdzie chce pani jechać?”. Cóż, nie mam ani kopiejki przy sobie, ale właśnie za ostatnie kupiłam we Lwowie flaszkę wódki. Mówię więc, że nie mam pieniędzy, ale mam flaszkę wódki, którą mogę dać za dojazd do rodziców. Dorożkarz ucieszył się bardzo wódką, bo wtedy w Polsce nie było jej za dużo – i tak z fasonem dojechałam do domu rodzinnego, gdzie była radość, uciecha i łzy. Skończyła się moja wojenna tułaczka, która trwała 1914 dni, a ja to nazywam „przerwą w życiorysie”.

Życie codzienne

Prezentujemy fragmenty wspomnień, które dotyczą życia codziennego na zesłaniu. Deportowani musieli radzić sobie w zupełnie innym otoczeniu niż to, do którego przywykli. Klimat, miejsca zamieszkania, ludzie – wszystko było nowe, trudne, czasem ciekawiło, ale głównie przerażało. Burze śnieżne, które zasypywały ziemianki, brak ubrań, wszy i pluskwy to przykładowe trudności życia. Zazwyczaj można jednak było liczyć na pomoc sąsiadów, nie tylko Polaków, ale także miejscowych, kwitł więc handel wymienny. Praca w kołchozach i sowchozach nie przynosiła przewidywanego zysku, a głód i choroby dodatkowo osłabiały siły. W chwilach zwątpienia pomagała lektura polskich książek i czasopism, wspólna modlitwa, czytanie listów od bliskich.

Wspomnienia

ŚWIAT WOKÓŁ

O świtaniu okazało się, że jesteśmy w… stepie. Oprócz torów kolejowych nie było widać nic, żadnych budynków. Dookoła, jak okiem sięgnąć, pustka. Koczowaliśmy tak, nie wiedząc, co robić, gdy w oddali pojawili się jacyś ludzie. Zbliżali się niepewnie i ze strachem. Obserwowali nas z daleka i odchodzili. Po chwili podchodzili bliżej i znów się oddalali. Powtórzyło to się wielokrotnie i trwało kilka godzin. Było widoczne, że się nas boją, a my baliśmy się ich. Byli niskiego wzrostu, ze skośnymi oczami, ubrani bardzo licho i dziwnie. Na głowach mieli okrągłe czapki, ładnie wyszywane, podobne do żydowskich mycek. Nie pamiętam, jak to się stało, ale po pewnym czasie – powoli i niepewnie, bo nikt nie wiedział, co nas czeka – zaczęliśmy iść w ich stronę. Tak doszliśmy za nimi do pustych skleconych z gliny lepianek. Bez drzwi, okien, podłogi… Zamiast niej miały klepiska.
Dżuryn, sierpień 1940
[ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947.

Myśmy mieszkali nad takim jarem, bo to jest step, jest równina, ogromna równina, ale jakieś tam wgłębienia są. Tam jest zima ostra, lata bardzo piękne. […] Jak przychodzi wiosna, to momentalnie w tygodniu śniegi, którymi są ziemianki pozasypywane… Bo zimą przychodzą takie zawieje, że ziemianka zostaje zasypana, to znaczy taki tunel dookoła jest, tworzy się zaspa, tak że powstaje tunel. Śnieg jest zbity. Jak się rano wstanie, ciemno jest, a wiedzą starsi ludzie, że już dzień powinien być, to drzwi otwierają, w śniegu kopią schody i chodzą po tych schodach. Ale wtedy od razu okna odtajają, bo jest cieplej, kiedy są zasypane śniegiem. Takie są ogromne śniegi. Jak przychodzi wiosna, to ta woda tak rwie ze stepu i taki jar od nas był gdzieś w odległości 80 metrów, szeroki może na 50–60 metrów i głęboki na 30 metrów przynajmniej, ta woda wyryje sobie taki ogromny… to jest huk, dosłownie huk przez tydzień, jak ta woda… to taka nagła zmiana temperatury. Lata są bardzo piękne.
Tatianówka, 1940–46
[AW I/16]
Mirosław Babuchowski (ur. 1935) – deportowany w kwietniu 1940 z Milatyna do Tatianówki wraz z matką i siedmioletnią siostrą. Repatriowany wiosną 1946.

Latem upał taki, że jajko można było ugotować w piasku, a zimą, o! Zimy to były niezapomniane. Śnieg zasypywał nasze lepianki po dachy. Nocami wyły wilki, a czasem i w dzień podchodziły do ludzkich osad. Chodziliśmy w tunelach wykopanych w śniegu. Grzaliśmy się przy pieczkach. Tak nazywała się kuchnia-piec, która służyła do gotowania, a dalsza jej część do spania, ale tylko na jedną osobę. Grzali się ci, którzy mieli zapas kiziaku. Co to jest kiziak? Są to odchody zwierzęce zbierane na stepie. Składało się to obok lepianki, a oprócz tego gromadziło się gałązki piołunu, którym porośnięty był step. Kiedy zebrano już tego dostateczną ilość – mieszało się, formowało koliste bochny, suszyło na ziemi i układało w tak zwaną studnię.
Dżuryn, 1940–45
[ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947.

Burza na stepie (buran)
Czy słyszysz? Słyszysz te wycie w kominie?
Jakby przeciągły jęk potępionych,
Strąconych w czeluść piekielnych otchłani
I bez ratunku tam pozostawionych.

Przeciągłe u… u… u… słychać przez dzień cały
Szarpie ci nerwy, przyprawia o drżenie,
Świdruje w uszach, mąci Twoje myśli
A błoga cisza staje się marzeniem.

To nie są strachy, jęki potępionych
To tylko wycie wiatru w kominie,
To głos buranu co nad białym stepem
Szaleje w smutnej zimowej godzinie.

Biada wędrowcy, co w czas tej wichury
Samotnie sobie wędruje po stepie.
Śnieg go przysypie, jak kołdrą utuli,
Uśpi na wieki, jak dziecię w kolebce.

Bezkresne stepy, które letnią porą
Zieloną trawą falują radośnie,
Zimą złowrogie, twarde, niedostępne
Urokiem bieli cieszyć mogą oko.
Priesnogorkowka, 1940–46
[ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

W nocy [z 24 na 25 grudnia 1945] zaczęła się straszna zamieć – buran. Mróz co prawda zmalał, ale wiatr ze śniegiem szalał i zasypywał nas ze szczętem. Początkowo słyszałyśmy szum wiatru i wycie wilków, które wygłodzone i zziębnięte odważały się podchodzić coraz bliżej zagród ludzkich. […] Spałyśmy chyba długo, bo panowały zupełne ciemności i głucha cisza. Mama pierwsza obudziła się w tych ciemnościach, chciała otworzyć drzwi, ale zupełnie nie dawały się nawet uchylić. Podeszła do okna, wyjęła jedną szybkę i zrozumiała, że jesteśmy zasypane ze wszystkich stron śniegiem. […] śnieg nas zasypał doszczętnie razem z kominem. Co ta biedna matka przeżywała, zdając sobie sprawę, że to chyba nasz koniec, że się udusimy. […] dawała nam do lizania śnieg z okna. Ziemniaki jadłyśmy na surowo. […] Po dwóch dniach takiej męki (tak nam później powiedziano) usłyszałyśmy hałas na suficie. Mama weszła i zaczęła ruszać kijem w kominie. To nas uratowało. Dzieci jeżdżące na sankach poznały, że pod nimi jest zasypana chata, przyszli dorośli i odkopali nas.
Siemioziornaja, grudzień 1945
[ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Były dwa rodzaje budownictwa. Pierwszy to półziemianki. Wykopywało się wgłębienie w ziemi, odpowiadające wielkością zamierzonej budowli na głębokość około jednego metra, po czym na obrzeżach wykopu układało się warstwy darniny kształtujące ściany do wysokości także około jednego metra, z jednym lub dwoma otworami na okna i drzwi. (Okna były usytuowane tuż nad ziemią, wobec czego często zasypywał je śnieg). Drugi rodzaj to domy stawiane bezpośrednio na ziemi, bez podpiwniczenia. Ten rodzaj budynków był częściej budowany z samanów, ale zdarzały się też i z darniny. Samany były budulcem mocniejszym niż darnina, wobec czego budynki z nich mogły być wyższe i większe. Okna były już na zwykłej wysokości i były większe. Oba rodzaje budynków nie miały sufitów, a dachy były budowane jednakowo. Przez środek budynku, wzdłuż jego dłuższej osi, przebiegała gruba belka podparta przy obu jej końcach dwoma słupami. Do tej belki, pod kątem prostym, były przymocowane cieńsze żerdki, opierające się drugim końcem o ściany. […] Na tych żerdkach, równolegle do belki głównej przymocowywało się warstwę łozy grubości około dziesięciu centymetrów, przykrywając ją darniną i przysypując warstwą ziemi. Uleżała i utwardzona gliną ziemia stanowiła stosunkowo nieprzemakalną powłokę. […] Budynki z takiego budulca mogły istnieć tylko tam, gdzie nie było intensywnych opadów i było sucho. Taki warunek spełniał klimat Syberii.
Sztyrowka, 1940
[ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Wszystkie „domy” z samanu zabezpieczano przed ewentualnym rozmywaniem przez opady dość oryginalną, jak na nasze europejskie przyzwyczajenia, powłoką zewnętrzną zastępującą tynk. Powłokę tę również sporządzano z gliny, ale tym razem z domieszką świeżego krowiego kału, który zapobiegał pękaniu wysychającej warstwy „tynku”. Stąd wszystkie domy z samanu miały lekko zielonkawy kolor. […] Podobnym materiałem, lecz z większą dozą tego swoistego dodatku, co schludniejsze gospodynie co pewien czas smarowały gliniane podłogi w izbach. Ze dwa dni w domu pachniało oborą, ale po wyschnięciu podłoga stawała się idealnie gładka, o bardzo intensywnym zielonym kolorze.
Stupinka, lato 1942
[ZS 978]
Franciszek Hołownia (ur. 1928) – deportowany 13 kwietnia 1940 ze Stołpców do Mariewki wraz z matką i czternastoletnią siostrą. Repatriowany w maju 1946.

Opróżnił się […] w jakiś sposób dom wolny, więc z tą moją znajomą [zesłaną] postanowiłyśmy zamieszkać razem, osobno każda w jednej izbie. Dostałyśmy te izby, obieliło się, ta moja przyjaciółka była praktyczna, postarała się o glinkę białą, a pędzle to się robiło ze słomy prosa. Wybieliło się ten tok, czyli podłogę malowało się – przepraszam za wyrażenie – ale łajnem. Taki tam był zwyczaj, że aby ochronić się przed pchłami, […] to się smarowało te podłogi rozpuszczonymi krowimi odchodami. To wyschło i niweczyło wszystkie insekty. I brakowało nam szyb w oknach. To były okienka sześcioszybowe, ale były tylko po dwie szybki w każdym oknie, no i co było robić, rozmieszało się glinę i zrobiło się szyby z gliny, po prostu zakleiło się. Tajencza, 1941 [AW I/972]
Maria Bienia (ur. 1908) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Chocieszowa do Tajenczej. Nauczycielka, wywieziona wraz z dwójką synów (siedmioletnim i pięcioletnim). Repatriowana w 1946 roku.

Wieś Priesnogorkowka, a zarazem siedziba władz rejonu, była w porównaniu do innych wsi wioską dość dużą. Znajdowały się tu takie instytucje jak: szkoła – dziesięcioletnia, szpital, sąd i prokuratura, milicja, NKWD później NKGB [Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego], poczta wraz z radiowęzłem, komitet partii, urząd administracyjny, tak zwany promkombinat, czyli zakład pracy jak nasze zakłady przemysłu terenowego. […] Szkoła, szpital i urzędy wybudowane były z drewna, natomiast większość domów – to ziemianki, czyli domki budowane z darni ziemi, oblepione żółtą ziemią, a pobielone wewnątrz „białą glinką”. Podstawowe wyposażenie domu czy też ziemianki to: duży piec, na którym w okresie zimowych mrozów sięgających minus 40–50ºC mogły spać nawet trzy osoby, stół, umieszczone na stałe wokół ścian ławy (na których też można było spać, a pod którymi w okresie zimowym mieszkały kurki), czasami łóżko oraz umieszczone pod sufitem tak zwane pałatie, czyli wisząca pryczka z desek, gdzie przeważnie spała cała rodzina. Czasami na ścianie wisiała mała szafka na naczynia lub podwieszona była pod sufitem deska służąca za półkę do układania naczyń, przechowywania nasion lub innych rzeczy. Taka ziemianka z reguły składała się z jednej izby i małej sieni. Obok niej była stajenka przeważnie wybudowana ze splecionych gałęzi, oblepiona gliną. W stajence tej stała krówka – potencjalna żywicielka rodziny. Priesnogorkowka, kwiecień 1940 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Z ubikacjami i tu mieliśmy problemy. Po prostu ich nie było! Szło się kilkanaście metrów w step i tam kucało. Za papier toaletowy służyła trawka, czasami zbyt twarda. Gazet było mało i były zbyt cenne na takie przyziemne czynności. Kosz na bieliznę, w którym przywieźliśmy część naszego dobytku, był wysłany starymi gazetami. Te gazety przez długi czas służyły nam za jedyną lekturę i z powodzeniem pożyczaliśmy je innym Polakom. Jakże więc można było je lekkomyślnie niszczyć? […] Na temat „toalet” krążył między nami następujący dowcip. Pewien obcokrajowiec kolekcjonował sedesy. Takie miał dziwne hobby. Ponieważ słyszał, że na Syberii są jakieś szczególne, napisał gdzie trzeba i po jakimś czasie otrzymał – dwa drągi! Sądząc, że to pomyłka, napisał jeszcze raz. Wyjaśniono mu, że pomyłki nie ma. Sedes jest oryginalny. Na jednym drągu się siada, a drugi służy do odpędzania wilków. Przypuszczam, że ten dowcip wymyślili Polacy. Sztyrowka, wiosna 1940 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

WARUNKI ŻYCIA
Największym problemem był brak odpowiednich butów. […] Półbuciki na obcasach i dostosowane do nich śniegowce, jakie pani nosiły w mieście, w tym surowym klimacie zupełnie nie zdawały egzaminu. Przy 40- lub 50-stopniowym mrozie oraz olbrzymich zwałach śniegu, w takich bucikach odmrażało się nogi. Trzeba było zdobyć obuwie odpowiadające warunkom klimatycznym. Najlepiej do tego celu służyły tak zwane pimy, czyli wysokie buty robione z odpowiednio sprasowanej w wysokiej temperaturze wełny owczej. […] Podeszwy pimów noszone bez dodatkowych kaloszy wytrzymywały jedną zimę. Priesnogorkowka, zima 1940 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Kiedy już zdobyliśmy żywność, mogliśmy ugotować obiad. Musieliśmy to robić na dworze, na trójnogu i w saganku, który to sprzęt pożyczyła nam gospodyni. Wokół nie było zupełnie drzew, nie wiedzieliśmy, czym palić! Uświadomiono nas, że pali się kiziakiem, to jest suszonym nawozem krowim, który należało sobie nazbierać na stepie. Przez sześć lat naszego pobytu w Kazachstanie kiziak był dla nas niesłychanie ważny w naszym codziennym życiu. Pieczołowicie gromadzony i przechowywany, stanowił podstawowy element naszej egzystencji. […] Ze względu na jego szczególną pozycję w naszym życiu, przemianowaliśmy Kazachstan na „Kiziakstan”. Mimo wszystko humoru nam nigdy nie zabrakło! Sztyrowka, wiosna 1940 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Wszystkie dzieci w wiosce były strzyżone w czerwcu na „glacę” tak samo jak owce. Głowy dziecięce i tułowia owiec były jednakowo przystrzyżone w „schody”. Dzieci były jednakowo opalone na czarno i jednakowo przyodziane (na lato). Wszyscy mieszkańcy wioski całe lato chodzili boso. Każdej dziewczynce na gołe ciało zakładano sukienkę zrobioną tak: z samodziału konopnego lub lnianego brano prostokąt o wymiarach 70 na 40 centymetrów (lub mniejszy), wycinano w środku otwór, aby przeszła głowa, po bokach zszywano, zostawiając otwory na ręce. Przewiązywało się tę sukienkę w pasie sznurkiem uplecionym z nici wełnianych (też samodział) i strój był gotowy. Siemioziornaja, sierpień 1943 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Następnego dnia [po przyjeździe do Sztyrowki] przede wszystkim postaraliśmy się o żywność. Był to handel wymienny. Za bieliznę, ubrania i inne rzeczy otrzymywaliśmy mąkę, mleko, jaja, chleb. Sprzedawaliśmy także za ruble, nieświadomi tego, że nie bardzo będą one przydatne. Praktycznie działał wyłącznie handel wymienny. Gorączkowo się pakując, nie wiedzieliśmy, co i z jaką korzyścią będzie można sprzedać. Przypadkowo mama zabrała firanki z największego pokoju, który miał duże, tak zwane weneckie okna, a więc i firanki były duże. Były one wykonane z dość gęstej i mało przezroczystej materii, wyszywane w ogromne, kolorowe kwiaty. W pierwszej kolejności udało się sprzedać właśnie te firanki, o ile sobie przypominam, za worek mąki z otrębami. Tutejsze strojnisie, między innymi córki naszego gospodarza, poszyły z nich sukienki, w których paradowały na ulicy, wywołując sensację i zazdrość innych dziewcząt. Najzabawniejsze było to, że te nieszczęsne kwiaty wyrastały w najmniej spodziewanych miejscach, np. na siedzeniu, gdzie z trudem się mieściły. Tak oto rzeczy zupełnie nieprzydatne dały nam sporo chleba, nie mówiąc o radości z oglądanych widoków! Sztyrowka, wiosna 1940 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

W ogóle wieś była bogatsza. Także kołchoz był bogatszy, lepiej zorganizowany, sprężyściej kierowany. […] Te przyczyny spowodowały, że przeprowadziliśmy się do Leonidowki. […] Można by zadać pytanie: na czym polegała tamtejsza elegancja? Mężczyźni najczęściej ubierali się w ciemne koszule zapinane pod szyją i wypuszczane na spodnie, przepasane szerokim skórzanym pasem. Spodnie dla odmiany wpuszczone w buty z cholewami lub walonki. Zimą futrzana czapa, długi kożuch i skórzane rękawice. Kobiety nosiły spódnice i bluzki. Wierzchnie okrycie i obuwie jak u mężczyzn. Na głowie i latem, i zimą – chustka zawiązana pod brodą (nawet w czasie snu). No i jeszcze męska głowa latem. Lekka czapka, krojem przypominająca wojskową z twardym daszkiem, zsunięta na tył i bok głowy, a z przodu – koniecznie (!) fantazyjnie zakręcony kosmyk włosów (vide radzieckie filmy). […] Mężczyźni pracujący przy wołach i koniach zawsze, czy trzeba, czy nie, chodzili z batami. Może była taka moda, a może po prostu bali się, by ich kto nie gwizdnął. Nasz przewodniczący także posiadał piękny, pleciony bat z ozdobami (moje skryte marzenie), z którym się nie rozstawał. Mężczyzna z batem w kołchozie to tak jak w Anglii dżentelmen z laseczką. Leonidowka, wrzesień 1941 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Z naszych ubrań zostały strzępy. Koce, które dostawaliśmy w wagonach – wydarły się, były zniszczone, ciężkie od potu, kurzu i wszy. A wszy były duże. Sczesywało się je grzebieniem z koców. Ubrań już nie mieliśmy. Chodziliśmy opatuleni łachmanami albo w wojłokach. Było to coś podobnego do koca, tylko cieplejsze, popielato-brązowe i lekkie. Robiło się je z wielbłądziej wełny. Uczyli nas tego Kazachowie. Zdobycie wielbłądziej wełny kosztowało wiele trudu, czasu, no i siły, której brakowało coraz bardziej. Biegało się po stepie za wielbłądami i zbierało lub zrywało ją z tylnych nóg. Kto potrafił nazbierać tego dużo, miał buty, sweter, koc i chustki. […] Mieszkańcy kołchozu mieli obowiązek ze zgromadzonej i przędzonej wełny, na wrzecionach własnej roboty, wykonać szaliki, skarpety i rękawice dla żołnierzy na front. Dżuryn, lato 1941 [ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947.

Kupić za pieniądze nigdy nic nie można było, nie mieliśmy mydła. W czym się prało? Robiliśmy popiół ze słonecznika. Paliło się słonecznik, z tego popiołu robiło się ług i w tym ługu się prało. […] Tam był sklep, czyli tak zwana ławka, od czasu do czasu przywozili do tego sklepu jakiś towar, trochę mydła i herbatę prasowaną. […] Za taką herbatę prasowaną można było dostać drzewa. Przyjeżdżali od czasu do czasu Kirgizi, z jakiej odległości, to pojęcia nie mam, w każdym razie przyjeżdżali. Mieli takie małe koniki i jeden czy dwa takie kije, pnie brzozowe przywozili i wymieniali to z nami za herbatę. […] No więc po to mydło trzeba było stanąć w kolejce. […] Rano przyszli miejscowi, wypchnęli nas na koniec […] i bez tego mydła żeśmy zostały. […] Można też powiedzieć, że myśmy się przez sześć lat nie myły, woda w studniach była zupełnie słona, tak że do gotowania to nawet nie trzeba było solić. Studnia była odległa o jakieś 100 metrów i (wody) nie było w czym trzymać, a jak się to wiadro przyniosło, to po prostu na mycie już nie starczyło, trzeba było na gotowanie i tak przez sześć lat […]. Tajencza, 1943 [AW I/972]
Maria Bienia (ur. 1908) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Chocieszowa do Tajenczej. Nauczycielka, wywieziona wraz z dwójką synów (siedmioletnim i pięcioletnim). Repatriowana w 1946 roku.

Aczkolwiek sporadycznie, jednak otrzymywaliśmy jakąś pomoc. Spieszyły z nią: polski rząd w Londynie, Armia Polska pod dowództwem generała Andersa w ZSRR, rząd brytyjski lub może organizacje charytatywne z terenów Wielkiej Brytanii oraz jakieś (nie wiem, jakie i skąd) organizacje żydowskie. W ramach pomocy dostawaliśmy przeważnie żywność, bieliznę, obuwie i ubranie, a z Armii Polskiej – pieniądze. Z żywności otrzymywaliśmy: mąkę, macę, trochę konserw mięsnych i rybnych, margarynę, olej, mleko skondensowane (słodkie), rodzynki, figi. Z ubrań: używane mundury wojskowe kroju angielskiego, ciepłe skarpety, flanelowe koszule, używane obuwie, zdaje się, że i koce. Odzież była wyprana i ze śladami reperacji. Bielizna, jak mi się wydawało, była nowa. Obuwie i takie, i takie. Pomoc docierała do nas paczkami pocztowymi (niestety okradanymi), ale przede wszystkim za pośrednictwem rejonowej rozdzielni. […] Po zerwaniu stosunków dyplomatycznych między rządami na pewien czas znowu pozostawiono nas samym sobie. Z chwilą powstania Związku Patriotów Polskich pomoc wznowiono i trwała ona do końca naszego tam pobytu. Leonidowka, 1941–44 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

KONTAKTY Z MIEJSCOWYMI
Zamieszkałyśmy w lepiankach. Były puste, jakby na nas czekały. Gnieździliśmy się po dwie, trzy rodziny. Nie było w czym wybierać. Brak światła, wody i innych udogodnień utrudniał każdą czynność. Tak minęła pierwsza noc. Następnego dnia okazało się, że jesteśmy w Kazachstanie. […] Zobaczyliśmy, że w pobliżu płynie rzeka. Po jakimś czasie Kazachowie zaczęli się do nas zbliżać. Porozumiewaliśmy się z nimi po rosyjsku. Byli bardzo biedni, jak my, chociaż my byliśmy chyba w lepszej sytuacji. Mieliśmy ubrania, pościel jeszcze z Polski i trochę zapasów żywności, tych sucharów. Zaczęli mówić o swoim strachu i obawach. Wiedzieli o transporcie ludzi z Polski, ale nie wiedzieli, jacy są Polacy, gdzie jest ta Polska. Mieli zabronione przez władze radzieckie zbliżać się do nas, ludzi z transportu, bo – jak mówiono – my żywimy się ludzkim mięsem, mamy po jednym oku na środku czoła itp. Bardzo lubili herbatę. Robiliśmy z nimi handel wymienny. Im potrzebna była herbata – nam woda i mleko, zwłaszcza dla dzieci. Kazachowie dostarczali nam tego, a w zamian dostawali inne rzeczy i produkty. Wskazywali nam, skąd brać wodę, gdzie zaopatrywać się w opał. Dżuryn, sierpień 1940 [ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947.

W wiosce mieszkali Rosjanie, Kazachowie, Kirgizi, Żydzi. Nieco później od nas, gdy front zbliżał się w głąb Rosji, przywieziono „Niemców” nadwołżańskich (ludność pochodzenia niemieckiego), a wreszcie Inguszo-Czeczenów zwanych tu Czeczeńcami. Żył tu również Chińczyk – „Kitajec”. Wśród tego zlepku różnych narodowości i różnych wyznań wypadło nam tu żyć długich sześć lat. Wszystkie narodowości żyły zgodnie, choć własnym życiem. Każdy naród na swój sposób czcił „swojego Boga” i każdy szanował uczucia religijne innych, jakkolwiek z wyjątkiem Czeczenów, którzy odprawiali swoje modlitwy w samo południe, modlili się i czcili Boga w ukryciu. Ikony po domach chowane były za szafkami lub w kącikach za zasłonkami. Priesnogorkowka, kwiecień 1940 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

We wsi zamieszkiwali: Rosjanie, Ukraińcy, Polacy (wywiezieni w latach 30. z Ukrainy), my (wywiezieni w latach 40. z Polski), nadwołżańscy Niemcy, Koreańczycy, Ingusze, Czeczeńcy, Osatińcy, Mordwinowie. Spotkałem tam nawet jednego Tatara i jedną Nanajkę, która zamarzła w czasie buranu, zimą przełomu lat 1945/46. […] Inguszów, Czeczenów i Osatińców wywieziono na Syberię za rzekomą współpracę z Niemcami w czasie okupacji tych terenów przez wojska hitlerowskie. Były to przeważnie kobiety, starcy i dzieci, ponieważ mężczyźni zostali aresztowani. Byli zupełnie nieprzygotowani do pobytu na Syberii. Nie mieli ciepłego ubrania ani obuwia. Szefem lokalnego NKWD został Ingusz, który przyjechał razem z nami. […] Szczególnie dobrze ułożyły mi się stosunki z Niemcami, a z jednym z nich, Wernerem, serdecznie się zaprzyjaźniłem. Był to już starszy pan. Pracował jako traktorzysta, a ja byłem prycepszczykiem. Pracowaliśmy na ciężkim ciągniku CTZ „Staliniec”. On pierwszy wprowadził mnie w tajniki silnika spalinowego, on nauczył mnie obsługi i kierowania ciągnikiem. Był moim opiekunem i nauczycielem. […] Z Koreańczykami stosunki były poprawne, ale z żadnym z nich się nie zaprzyjaźniłem. Może chodziło o barierę językową? Mówili słabo po rosyjsku. Większość z nich nazywała się Kim. Dymitrowka, lipiec 1944 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Pamiętam, jak do Jesila przywieziono Besarabów. Samotnych. To byli młodzi mężczyźni, tacy od 20 do 30 lat. Nie wiem, skąd ich zgarnięto. Mieli oddzielny barak. Ci umierali po 50 sztuk dziennie. Pani Lesińska doszła do wniosku, że grzebanie zmarłych może być zajęciem lżejszym niż praca przy kolei. Rozbierano tych ludzi do naga, ubranie dawano do odwszalni, a później przekazywano innym. Dostawało się watowane spodnie, kufajkę i łapcie z konopnego sznura (jeden strój na całe życie), do tego jakieś szmaty do owinięcia. W Jesilu przemieszano różne narodowości, to nie byli tylko Polacy. Między innymi Besarabcy i Cyganie, którzy masowo umierali z powodu mrozu i głodu, gdyż przywieziono ich z południa, a zatem nie wytrzymywali. Jesyl, 1941–43 [AW I/251]
Lidia Teresa Cholewińska (ur. 1930) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Baranowicz do Pietuchowa wraz z matką i nastoletnim bratem. Repatriowana w kwietniu 1946. <

W 1942 roku, jakiś czas po napaści Niemców na Związek Radziecki, przywieźli do tej wioski dużo nadwołżańskich Niemców. Polacy musieli pracować, natomiast Niemcom było zakazane pracować. Zakazane brać do pracy. Oni byli wolni tam, ale umierali z głodu. Oni wszyscy umarli z głodu. […] Niemcy żyli tylko wtedy, gdy coś zdychało. Bo jak coś zdechło, kilka krów czy jakaś krowa i wywieźli, to wilki jeszcze nie zdążyły, dużo wilków tam było, a już Niemcy zabrali. Niemcy mieszkali w ziemiance opuszczonej. […] Według relacji matki to było gdzieś 40 osób w dwóch małych pomieszczeniach, w granicach od 15 do 16 m2 pokój i taka sama kuchnia. Czyli na powierzchni od 30 do 35 m2 mieszkało 40 osób. Oni, jak coś zdychało, koło nas szli. To jeden nogę niósł, jeden głowę […] koń, który był wymęczony, już same rany, miał się na zdechnięcie, tak stał, chwiał się, naraz padł. Jak padł i wyciągnął nogi, to pięć minut i nie było konia. […] Jakie sankcje za udzielenie pomocy Niemcom były, nie pamiętam, ale były określone, tak że nikt się nie odważył. Jakie sankcje mogły być, na Ruskach, na własnym narodzie? Bo później przywieźli jeszcze Czeczenów, to oni znowu z zimna wymarzli, bo przyjechali w góralskich tylko narzutkach, bez rękawów, w góralskich uszytych papciach, tak jak to ubierano się na Kaukazie. Tatianówka, wiosna 1942 [AW I/16]
Mirosław Babuchowski (ur. 1935) – deportowany w kwietniu 1940 z Milatyna do Tatianówki wraz z matką i siedmioletnią siostrą. Repatriowany wiosną 1946.

Lato syberyjskie powoli odchodziło. Stałam przy płocie i tęskniłam za domem. Usłyszałam obok siebie czyjś obcy głos. Odwróciłam się. Za mną stał wąsaty, brodaty Kirgiz. Pozdrowił mnie grzecznie i oświadczył, że obserwuje mnie od dłuższego czasu i że mu się bardzo podobam. Nie bardzo rozumiałam, o co mu chodzi. On ciągnął dalej. Proszę, żebyście zostali żoną. Parsknęłam młodym, wesołym piętnastoletnim śmiechem. W jego skośnych oczach było widać ukrywaną obrazę. Opanował się i tłumaczył mi, że nie dla siebie, chociaż on też nie stary, ale dla swojego syna. Pięknego i młodego. Roztaczał przede mną wizję szczęśliwej przyszłości: nic nie będę musiała robić, tylko pięknie się ubierać w ich ludowe stroje i mężowi czaj (herbatę) gotować. […] Stary Kirgiz wiedząc, że się ze mną nie dogada, spytał, gdzie moja mama – i poszedł do naszej izdebki. […] Przy tej rozmowie był obecny Adolf Sawicki. Dla żartu i pozbycia się Kirgiza wtrącił: to moja marża-żona. […] Za ile? – zapytał najpoważniej w świecie Kirgiz. Adolf zażądał dziesięć worków mąki, dziesięć owiec, trzy fury drzewa i tyleż kiziaków. – Drogo! – powiedział stary. Adolf zauważył, że rozmowa ma poważny charakter. – To nie – skończył i wstał, by wyjść. Kirgiz ciężko westchnął i też wyszedł. Lubimowka, lato 1940 [ZS 870]
Halina Łupinowicz (ur. 1925) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Grodna do kołchozu Lubimowka wraz z matką i pięcioletnim bratem. Repatriowana w maju 1946.

Podobnie rzecz się miała z panią Skoczylasową. Ona jednak poddała się pokusie. Pers, który ją sobie upatrzył, był zresztą znacznie urodziwszy od pana Skoczylasa. Zmontowało się więc persko-polskie stadło. Pers wybudował domek z samanu, zdobył krowę, uprawił ogródek i pani Skoczylasowa ze Zbyszkiem i Heńkiem zupełnie nieźle egzystowała w porównaniu z resztą polskich rodzin. […] W 1944 roku ów Pers opuścił panią Skoczylasową, wrócił do Turkiestanu po odbyciu jakiejś kary nałożonej przez władze sowieckie. […] Chyba nie należy potępiać pani Skoczylasowej, musiała przeczuwać, że już nigdy nie zobaczy swojego męża – funkcjonariusza tajnej policji Polski burżuazyjnej. Stupinka, 1944 [ZS 978]
Franciszek Hołownia (ur. 1928) – deportowany 13 kwietnia 1940 ze Stołpców do Mariewki wraz z matką i czternastoletnią siostrą. Repatriowany w maju 1946.

PRACA (I SZKOŁA)
Mama w lecie pracowała nie tylko u ludzi, ale musiała też pracować i w kołchozie (odmowa pracy w kołchozie poczytywana była za zdradę i karana bardzo surowo – kto nie chciał pracować w kołchozie, był wrogiem ludu, a za to się szło do obozów pracy). Więc chodziła mama pracować do kołchozu, ale nigdy nie mogła wyrobić normy. Za dzień katorżniczej pracy dostawała tylko połowę trudodnia, a za to była połowa zapłaty. Ponieważ była wojna, a wszyscy mężczyźni ze wsi byli na froncie, całą robotę musiały zrobić kobiety i dzieci. […] Mamę wyznaczono do pracy przy budowie kołchozowego cielętnika. […] Pracowałyśmy po dziesięć godzin dziennie. Któregoś dnia moja mama upadła pod tym ciężarem i nie można było jej długo, długo docucić. […] Męczyłyśmy się przy tej budowie przez dwa miesiące. Za tę katorżniczą pracę (obie wyrabiałyśmy tylko jedną dniówkę) dostawałyśmy 1,5 litra zupy (nie zawsze z chlebem). Zupę zjadałyśmy we cztery. To było mało. Musiałam po pracy biegać po wsi i prosić o trochę mleka. Była to istna męka. Z przemęczenia nie mogłam się rozprostować, a skóra na dłoniach i stopach pękała i tworzyły się rany. Pod koniec sierpnia cielętnik był gotowy. Siemioziornaja, sierpień 1945 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Kilka tygodni po przybyciu do Sztyrowki musieliśmy podjąć pracę. Na pierwszy ogień poszły kobiety, bo wśród nas nie było ani jednego mężczyzny. Młodzież – to znaczy raczej dzieci – na razie pozostawili w spokoju. Pierwsze prace to prace polowe, a ściślej, tak zwana pierepołka, czyli pielenie kartofli, buraków, kok-sagizu itd. Były to prace raczej dorywcze. Nasze panie na ogół nie bardzo dawały sobie radę w polu. […] Według przepisów obowiązujących w kołchozach, wielkość wykonanej pracy określano w tak zwanych trudodniach. Za jeden dzień pracy, w zależności od jej jakości i czasu trwania, można było otrzymać od połowy do dwóch trudodni. Jesienią, po zakończeniu prac polowych sumowano każdemu pracownikowi wypracowane trudodni, a zarobek wypłacano w naturze. Gdy np. na jeden trudodzień wypadało sześć kilogramów kartofli i trzy kilogramy zboża, to zapłata wynosiła liczbę wypracowanych trudodni razy sześć kilogramów kartofli, razy trzy kilogramy zboża. […] W niektórych kołchozach płacono na takich samych zasadach także rublami, ale tam, gdzie my pracowaliśmy, tego nie stosowano. Natomiast w sowchozach płacono tylko rublami. Rzecz jednak w tym, że kołchoźnikom wolno było wypłacać dopiero wtedy, gdy zostały zrealizowane obowiązkowe dostawy dla państwa. Ponieważ rokrocznie dostawy nie były realizowane według założonych planów, kołchoźnicy po prostu nie otrzymywali nic. […] My byliśmy traktowani w taki sam sposób. […] To, co zarobiliśmy, nie mogło utrzymać nas przy życiu! Sztyrowka, wiosna 1940 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Kobiety nie były przygotowane do pracy fizycznej, a przecież tu można było znaleźć pracę tylko w kołchozie przy pracach polowych. Moja mama początkowo zarabiała na życie szyciem, haftem czy też szydełkowaniem. Gdy brakło nici przysyłanych w paczkach, zaczęła robić swetry na drutach. Starczało to ledwie na bardzo skromne utrzymanie. Podjęła więc pracę w tak zwanym promkombinacie (odpowiednik naszego przemysłu terenowego). Pracowała początkowo przy wyplataniu koszy z wikliny lub nawet trumien. Po pewnym czasie zorganizowano tam dział trykotarski, gdzie pracowała wraz z innymi Polkami, a później w dziale tym zatrudniono również Niemki. Swetry robiono ręcznie, a zarobek był obliczany według wykonanej pracy. Z reguły kształtował się w granicach 200 rubli i od pięciu do siedmiu kilogramów zboża. Bardzo rzadko otrzymywano pszenicę. Częściej natomiast był to owies. Cena jednego małego wiaderka ziemniaków i to drobnych kształtowała się w granicach 70 rubli. Zatem otrzymywane wynagrodzenie nie starczało na nędzne nawet utrzymanie. Priesnogorkowka, lato 1940 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Wiosną 1941 i ja rozpocząłem pracę w kołchozie. Miałem wtedy szesnaście lat. Pierwszą moją pracą było wywożenie nawozu z obór. Widłami należało wybierać krowi nawóz (był twardy, udeptany i mocno przylegał do ziemi) i ładować go na coś w rodzaju sań. Następnie były one zaciągane parą wołów w odpowiednie miejsce. Tam z tego nawozu pomieszanego ze słomą układano pryzmę, w której nawóz dojrzewał do produkcji kiziaka. Była to dla mnie praca bardzo ciężka. Ponieważ nie mogłem jej podołać, przeniesiono mnie na konną grabiarkę siana lub słomy. Była to praca lżejsza, ale wymagająca umiejętności obchodzenia się z koniem, których niestety nie miałem. […] Wiosna i jesień to pora orek. Zestaw do orki składał się z trzech par wołów oraz dwuskibowego pługa. Obsługiwany był przez dwóch wyrostków, czasami przez dziewczyny. Jeden nadzorował woły, a drugi prowadził pług. […] Kiedy kończyły się prace polowe, nastawał okres prac przy suszeniu i czyszczeniu zboża, prac porządkowych i innych. Jeździło się też na pola w celu zwożenia słomy na podściółkę dla bydła lub na opał. […] W późniejszych czasach, gdy byłem już nieco mocniejszy fizycznie, pracowałem przy młóceniu zboża młocarką lub kombajnem. […] O ile sobie przypominam, po raz pierwszy do brygady traktorowej dostałem się w czasie orek wiosennych w 1944 roku. Było to już w Dimitrowce. […] W okresach nasilonych prac polowych, brygada pracowała na dwie zmiany po dwanaście godzin bez wolnych dni. […] Ja bardzo lubiłem pracować na nocnej zmianie, szczególnie gdy była ładna pogoda i świecił księżyc. Na stepie było tak jasno, że można było czytać gazetę. Leonidowka, wrzesień 1941 – kwiecień 1943, Dymitrowka, lipiec 1944 – marzec 1946 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Jeszcze inny zarobek, jaki miałam – była tam taka rodzina, nazywali się Boczkowscy, oni nam zawsze pożyczali wózek do zbierania nawozu. I też, wiedząc, że jestem nauczycielką, zaprosili mnie w jedną niedzielę do domu i prosili, żebym im czytała z książki do nabożeństwa. Oglądnęłam tę książkę, to była książeczka wydana w 1912 roku. Były tam przepiękne modlitwy, a ponieważ sama się wzruszam, czytałam im te modlitwy i płakaliśmy wszyscy i ja, i oni. Po tym częstowali nas sutym obiadem, mnie i moje dzieci, i tak było co niedzielę prawie. Zapraszali mnie do czytania. Ludzie ci nie mieli kościoła, nie mieli styczności z księżmi, jednak tego pragnęli. A jeden z tych mieszkających tam ludzi, to przychodził specjalnie do mnie i prosił, żebym mu opowiadała historię Polski. Tajencza, 1943 [AW I/972]
Maria Bienia (ur. 1908) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Chocieszowa do Tajenczej. Nauczycielka, wywieziona wraz z dwójką synów (siedmioletnim i pięcioletnim). Repatriowana w 1946 roku.

Jeszcze inna praca w zimie to zatrzymywanie śniegu. Po prostu wiatry wieją takie silne, że śnieg, który upadł na te pola, gdzie nadawały się pod siew, to zdzierał, a po tym, ponieważ nie było deszczu – bo wtedy się rodziło, jak deszcz w lecie upadł, a nie zawsze deszcz upadł – były lata zupełnie suche i nie było urodzaju. […] Żeby tego śniegu wiatr nie zwiał, szły „ławki”, czyli grupy kobiet na step i zatrzymywały śnieg, to znaczy nie stanęły i nie trzymały, żeby śnieg się na nich oparł, tylko układały kostki śniegu, bo to był taki stwardniały śnieg. Krajało się te kostki, jak to robią na domki, na te igloo, i stawiało się takie na metr szerokie, na metr wysokie słupki z tych kostek śniegowych. Gęsto po całym polu się to kładło i śnieg się przy tym zatrzymywał i nie schodził, tak że na wiosnę ten śnieg stopił się i nawilżył tę ziemię. Tajencza, 1940–46 [AW I/972]
Maria Bienia (ur. 1908) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Chocieszowa do Tajenczej. Nauczycielka, wywieziona wraz z dwójką synów (siedmioletnim i pięcioletnim). Repatriowana w 1946 roku.

Po kilku dniach jazdy, jak zawsze, pociągiem towarowym, przyjechaliśmy do Atbasaru. Rozmieszczono nas w barakach z dykty. Było czysto, podłoga z desek, pachniało świeżym drzewem. Maleńkie okienka i nary zbite z desek – nasze legowiska. […] Podlegaliśmy kierownictwu robót na kolei. […] Dano nam kartki żywnościowe – dzienna racja chleba wynosiła pracującym 600 gramów i niepracującym – dzieciom, starcom 300 gramów. […] Mama musiała pracować. Została brygadzistką. […] Pracowali Polacy, właściwie Polki, mężczyzn było niewielu, bardzo ciężko. Ponad siły. Były to kobiety delikatne, nigdy przed wojną niepracujące. […] łzami znaczyliśmy drogę do pracy, drogę na budowie. Pracowaliśmy przy budowie domów kolejowych, przy rozładunku i ładunku wagonów. Nie było rękawic ochronnych. Z rąk płynęła krew, która spłynęła na cegłę. Polska krew na wznoszonych domach. Polska krew na wapnie, które gasiliśmy w olbrzymich dołach. Atbasar, wiosna 1941 [ZS 870]
Halina Łupinowicz (ur. 1925) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Grodna do kołchozu Lubimowka wraz z matką i pięcioletnim bratem. Repatriowana w maju 1946.

Przed 1 maja [1941] wybrano młode kobiety, najsprawniejsze fizycznie, i zabrano do rejonu Priesnowka, stamtąd samochodami na znaną już stację Pietuchowo, po czym dalej na budowę kolei, takiej słynnej już linii Akmoleńsk–Kartały. Było tam tragicznie od początku, bez porównania gorzej niż w kołchozie, gdzie byłyśmy pierwszy rok i gdzie nie byłyśmy głodne z powodu obfitości zboża. […] Parę dni trzymano nas w wagonach, a następnie przewieziono do naprędce wykonanych baraków z dykty. […] Panie, Polki, powierzono do ciężkiej pracy. Moja mama np. elegancko ubrana, w pantoflach na obcasie, jedwabnej sukni, a tu od razu do roboty. 40ºC upału i nawet wody nie dostarczono. […] Dla kobiet była to robota katorżnicza. Wszystko robiono ręcznie, jedyne urządzenia to łopata, łom i kilof. Trzeba było ręcznie robić nasypy, przenosić podkłady, a nawet szyny. Rosjanie byli majstrami, kierowali. Z powodu niezwykle uciążliwych warunków pracy moja mama zdecydowała się zorganizować strajk. Chodziło o to, że wieziono ludzi daleko do roboty, ale mimo częstych upałów nie dostarczono ani wody, ani posiłków. Więźniowie postanowili wtedy nie wychodzić z baraków. Nie bardzo było wiadomo, kogo aresztować, ale potem zamknięto takiego naczelnika, kierownika robót. Zabrano go do więzienia. Strajk minął. Akmoleńsk, maj 1941 [AW I/251]
Lidia Teresa Cholewińska (ur. 1930) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Baranowicz do Pietuchowa wraz z matką i nastoletnim bratem. Repatriowana w kwietniu 1946.

Stopniowo do Priesnogorkowki zaczęli przyjeżdżać na rekonwalescencję żołnierze ranni lub niezdolni wskutek amputacji kończyn do dalszych walk na froncie. Kierowano ich do pracy w kołchozie lub innych instytucjach. […] Przyjechał również na czas rekonwalescencji mąż młodej nauczycielki, u której bawiłam małe trzymiesięczne dziecko. […] Mąż nauczycielki został natychmiast zaangażowany do pracy w szkole. Uczył przysposobienia wojskowego, w tym również w starszych klasach taktyki wojennej. Ja w tym czasie chodziłam do pierwszej lub drugiej klasy. Do dziś pamiętam musztrę wojskową. Ćwiczył nas całymi godzinami. […] Uczył również obchodzenia się z maską przeciwgazową, jej budowy, zakładania, zdejmowania, składania. […] Nierówny teren szkoły wykorzystywany był jako okopy. Jakaś drewniana kołatka imitowała odgłosy karabinu maszynowego, a łodygi słonecznika lub łopianu służyły jako karabiny ręczne. […] W początkowym okresie czułam się bardzo obco w szkole, jakkolwiek traktowana byłam przez nauczycielki na równi z innymi dziećmi. Przykre dla mnie były zabawy i lekcje śpiewu, podczas których śpiewano piosenki uwłaczające Polakom lub ośmieszające Polaków. Z chwilą jednak poboru na zasadzie ochotników Polaków do Armii Czerwonej zaprzestano ich śpiewania. Priesnogorkowka, lato 1941 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Dzieci chodziły do rosyjskiej szkoły, uczył, w tej szkole był kierownikiem Koreańczyk, tak, i dosyć im to się podobało. Po polsku nauczyłam tego starszego [syna] pisać, uczyłam go na książeczce pekaowskiej […] trochę już litery znał i tak go uczyłam na tej książeczce pisania. I uczyłam go też czytać na Krzyżakach, ponieważ tekst tych Krzyżaków zabrałam ze sobą […] i na tej książce trochę czytał. Tajencza, 1943 [AW I/972]
Maria Bienia (ur. 1908) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Chocieszowa do Tajenczej. Nauczycielka, wywieziona wraz z dwójką synów (siedmioletnim i pięcioletnim). Repatriowana w 1946 roku.

W Jesilu znów chodziłam do szkół. Chodziło nas w sumie niewiele – bodajże pięć lub sześć z około tysiąca dzieci. W tej szkole nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z rówieśnikami, byliśmy wciąż traktowani jako wrogowie ludu pracującego. Rówieśnicy potrafili pluć na nas, zwyczajnie pluć, tak: – tfu! – Poliak… Z płaczem szło się do tej szkoły, ale mama była bardzo surowa. W razie sprzeciwu miała rózeczkę, bowiem uczęszczanie do szkoły było korzystne między innymi dlatego, że otrzymywało się tam dodatkowo łyżkę rozgotowanych kartofli i pięć deko chleba. Jesyl, 1941–43 [AW I/251]
Lidia Teresa Cholewińska (ur. 1930) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Baranowicz do Pietuchowa wraz z matką i nastoletnim bratem. Repatriowana w kwietniu 1946.

Tak więc nasza matka wróciła do Polski w 1946 roku, a my, bez nadziei powrotu kiedykolwiek i zobaczenia matki, pozostałyśmy w sierocińcu. Wyglądało na to, że sierociniec był założony dlatego, aby nikt się nie dowiedział, co robiono z polskimi dziećmi. Może zadecydowała też światowa opinia, nowe powojenne układy, a może zrobiono to tylko na pokaz wszystko, co się tam znajdowało: ubrania, pościel, łóżka oraz wyżywienie przysłano – jak się mówiło – z Ameryki. Było ciepło i mieliśmy co jeść. […] Po wyzdrowieniu chodziłam do rosyjskiej szkoły. Starsze dzieci uczyły się w sierocińcu pisać i czytać po polsku. […] Naszą wychowawczynią była pani Władzia. Jasna blondynka, miała około 35 lat i bardzo tęskniła za Polską. Pragnęła wrócić razem z nami do Kraju. […] uczyła nas polskich tańców ludowych i polskich piosenek. Nauczyła nas wiersza Kto ty jesteś?, którego chyba nigdy nie zapomnę. Uczyła nas wszystkiego, co było polskie, ona uczyła nas… Polski. Aktiubińsk, wiosna 1945 [ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947. <

GŁÓD I CHOROBY
Zboża, a zwłaszcza pszenicy i prosa, leżały w stepie całe sterty, pod gołym niebem. Porastało ono i gniło, ale głodująca ludność tego brać nie mogła, miała zabronione. Wszystko było dla wojska, dla frontu. […] Polacy pracowali przy młócce zboża, moja mama również. Mieli nam płacić rublami, ale nikt nigdy za swoją harówę nie otrzymał nawet złamanej kopiejki, bo i po co? W aule [osadzie stepowej], który miał kilka lepianek, sklepu żadnego nie było […]. Dżuryn, lato 1941 [ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947.

Głód straszny. Cała wyprodukowana we wsi żywność oddawana była na front. Ludzie żywili się jedynie burakami, gotowaną lebiodą, ziemniakami (my jadłyśmy tylko lebiodę i obierki z ziemniaków). Starsze dzieci jeździły podwodą (furmanką) zaprzężoną w woły na dalekie, od wsi odległe o 16 kilometrów paje [pola] pszeniczne – plewić pszenicę, gdyż zarastała bardzo zielskiem. Raz dziennie dzieci plewiące pszenicę dostawały po miarce kapuśniaku (miarka to pół litra puszki po konserwie) i po kromce chleba. Siemioziornaja, lipiec 1943 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Zaraz po osiedleniu się mama musiała chodzić do pracy do kołchozu i pracować po ludziach, aby zarobić na jakie-takie wyżywienie. Mama pracowała u ludzi na polu, ale nienauczona i nieprzyzwyczajona do tak ciężkiej pracy męczyła się bardzo i dosłownie padała ze zmęczenia, a praca była źle zrobiona i urobek właściwie równał się zeru. Byłyśmy ciągle głodne i zdane na własne siły w zdobywaniu żywności. […] Róża była na mojej głowie. Co ja się musiałam namęczyć, aby przynieść jej coś do jedzenia. Dziecko słabło i płakało w nocy, to bardzo przeszkadzało naszej gospodyni. Mama, żeby się nie narażać, ubierała ją w co mogła i wynosiła w ciemną noc na dwór. Tam ją nosiła, aż dziecina przemarzła zupełnie i z tego płaczu i zimna usypiała. Siemioziornaja, wiosna 1940 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Żeby zdobyć mięso, polowaliśmy między innymi na susły, zwierzątka podobne do szczurów. […] Złapać takiego było niezwykle trudno, ale nie dla głodnych ludzi. Obstawiało się kilka wejść-wyjść, do jednej nory lało dużo wody i susły uciekały w popłochu. Nie wiedziały, że czekamy na nie z niecierpliwością głodomorów. Była to nie lada wyżerka. Jak się takich susłów nałapało – suszyło się ich mięso na słońcu, na zimę. Robiono też zapasy z ryb, których dość dużo było w Tałgarce. Ryby łapano rękami, nizano na sznurek i suszono. Były tam także psy stepowe, ale na nie polowali dorośli. Zabijanie i czyszczenie oraz gotowanie odbywało się w nocy, bo łapanie tych psów było zakazane. Rano musiało być wszystko uprzątnięte. […] Do picia służyła nam gotowana woda lub kobyle mleko, zwane kumysem, ale to pili tylko dorośli. Dżuryn, 1940–45 [ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947.

Pierwszy okres naszego pobytu na Syberii – mniej więcej do wiosny 1941, to okres stosunkowo niezłego wyżywienia. Panował jeszcze pokój, kołchoźnicy byli względnie zasobni w żywność, a my w rzeczy nadające się do sprzedaży lub wymiany. […] Chleb kupowaliśmy, a raczej wymienialiśmy za ubranie albo bieliznę przywiezione z Polski. I choć bardzo musieliśmy go oszczędzać – był. Nie brakowało mleka i jaj, były kartofle, lecz w ilości niedostatecznej – także z wymiany. Od czasu do czasu trafiało się masło, czasami kurczak. Praktycznie nie było mięsa. Z tłuszczów – słonina, ale nie najlepszej jakości. Była dostępna śmietana nazywająca się tam sliwki [krem]. Z warzyw, oprócz kartofli, cebula, buraki, marchew, kapusta, rośliny strączkowe. Zupełnie brakowało owoców. Nie widzieliśmy ich od początku do końca pobytu w Kazachstanie. […] Wybuch wojny w 1941 roku pogorszył sytuację materialną wszystkich. […] Zarobki były równe zeru, a żadna pomoc jeszcze wówczas do nas nie docierała. No i ukraść nie było gdzie i nie było co. Wczesnym latem 1941 musieliśmy się „dożywiać”, mówiąc oględnie, w sposób niewłaściwy. Na pierwszy ogień poszła lebioda, którą to potrawę mama znała jeszcze z okresu pierwszej wojny światowej […]. Sztyrowka, wiosna 1940 – lato 1941 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

W zimie straszyło zawsze widmo głodu. Nic więc dziwnego, że w czasie zbliżającej się zimy trwały dyskusje wśród Polek, w jaki sposób uniknąć powolnej śmierci głodowej. Najlepszym rozwiązaniem wydawało się szukanie śmierci poprzez zaczadzenie. Jedna z Polek za pieniądze uzyskane ze sprzedaży rzeczy kupiła sobie starą, małą ziemiankę. Planowano zatem, że w momencie ostatecznego kryzysu, resztkami opału zapali się w piecu. W izbie zgromadzimy się wszyscy i po zasunięciu wszystkich zasuw, uszczelnieniu otworów, unoszący się w powietrzu czad „uśpi nas”. […] Do tej tragicznej decyzji jednak nie doszło. Zawsze w niewytłumaczalny czasem sposób przychodził jakiś ratunek, jakaś pomoc, szczególnie ze strony miejscowej ludności, która dzieliła się z nami często również ostatnim kęsem żywności, najczęściej nie chleba – bo i oni go nie mieli, ale kroplą mleka, ziemniakami lub […] suszonymi burakami ćwikłowymi albo suszoną marchwią, które żuło się, tłumiąc w ten sposób głód. Priesnogorkowka, 1940–46 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Mróz dochodził do minus 35ºC już w listopadzie, a w chałupie jedno pięcioletnie dziecko umierało na tyfus, a drugie maleńkie dwudziestomiesięczne przemarzało doszczętnie. Pamiętam taki obraz: moja Róża, taka malutka, na nóżkach jak patyki, siedzi w kuchni i jakąś sukienczyną (po mnie) okryła sobie gołe kolanka. Na głowie ma za dużą (o wiele za dużą) czapkę uszankę, na plecach serdak wełniany, i prosi mamy: „Mama, daj mi gul, pery gul, daj mi keli, pery keli” – co w jej języku miało znaczyć „daj mi kartofla, parę kartofli, daj mi zacierkę, parę zacierek”. Biedna dziecina nie znała innych smakołyków jak te swoje gul i keli. Siemioziornaja, zima 1942 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Głodowali i inni Polacy, ale nie tak, jak my. […] W oczach mamy widziałem rozpacz. Patrzyła na swoje gasnące dzieci. Co myślała i co czuła, może wiedzieć tylko matka, patrząca na powolne konanie jej najbliższych. Na szczęście do tragedii nie doszło. W tym krytycznym momencie mamie przyszedł do głowy pomysł. W kołchozie hodowano trzodę chlewną, karmioną przeważnie surową pszenicą oraz tak zwanym obratem. Otóż mama poszła do przewodniczącego kołchozu i wyżebrała bezpłatny przydział kilku litrów dziennie tego obratu. Ze „sprawką” pobiegła na „mołocznuju fiermu” [mleczną fermę]. Tamtejsze poczciwe pracownice – dojarki, dawały nam więcej, niż powinny. […] niekiedy nawet podlały pełnego mleka. Dziś z całą pewnością mogę stwierdzić, że ten „świński pokarm” uratował nam życie. Sztyrowka, lato 1941 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Zaczęły się choroby, dostałam tak zwanej kurzej ślepoty. Była rzeka, która zimą zamarzała, a latem była w niej bardzo cuchnąca woda, którą piło się. Zimą do picia topiło się śnieg. Oczywiście mydła nie było, gotowało się ług z popiołu. Wszystko odbywało się w tej rzece. Najczęściej dzieci chorowały na krwawą biegunkę. Dzieci rosyjskie chodziły bez majtek i stale miały takie parcie, że im wisiały te kiszki stolcowe. Zaczęły się wszy i świerzb. Z powodu świerzbu były ropiejące rany na całym ciele. […] U dorosłych też, jeden od drugiego się przecież zarażał. Największą przyjemnością było siedzieć na piecu i się drapać. Właściwie nie wiadomo było, co swędzi: świerzb czy pogryzienia przez wszy, i co bardziej gryzie. Wieczorem te wszy ubraniowe, takie wielkie, z rozkoszą się w szwach zabijało. Był taki zwyczaj: sąsiadka przychodziła do sąsiadki na pogawędkę i proponowała – chodź, ja ciebie poiskam. Kładło się jej głowę na swoje kolana i na normalnym nożu znalezione wszy zabijało, a potem wycierało go o fartuch czy spódnicę i potem kroiło chleb. Nawet w czasie zabawy z Rosjankami ciągle było: idzi, piszczu ciebie. […] Następną plagą były pluskwy. Kiedy mieszkałyśmy już w większej wsi, było drewniane łóżko, ale nie sposób było na nim spać. Spałyśmy z mamą na środku pokoju. Pluskwy jednak wycwaniły się, dochodziły sufitem i pikowały na nas. Obstawiałyśmy się miskami z wodą, ale i to nic nie pomagało. Arkałyk, 1941 [AW I/912]
Wiesława Załęska (ur. 1930) – deportowana we wrześniu 1940 z Pińska do Arkałyku wraz z matką. Repatriowana w 1946 roku.

Tak jak kiziak był naszym nieodłącznym, codziennym towarzyszem przez sześć lat, takimi samymi nieodłącznymi towarzyszkami były wszy. Były w głowie i na wzgórku łonowym, w bieliźnie i na ubraniu, w skarpetach, onucach i walonkach, w słomie, na której spaliśmy, w kołdrach i kocach, w kożuchach, słowem wszędzie. Były też u wszystkich, z którymi się kontaktowaliśmy. Jak z nimi walczyliśmy? Były różne metody, skuteczniejsze i mniej skuteczne, ale mające jedną wspólna wadę – nie likwidowały gnid, zmniejszały tylko, że się tak wyrażę, „pogłowie”. Mężczyźni strzygli włosy możliwie krótko przy skórze, a kobiety zwalczały wszawicę bardzo gęstymi grzebieniami, zwanymi przez nas humorystycznie „maszynami do wszy”. Iskaliśmy i zabijali je, przegrzewaliśmy odzież w gorących piecach chlebowych, wyrzucaliśmy ją na mróz, intensywnie naświetlali na słońcu lub po prostu wytrzepywali. Dorodne i ciężkie sztuki wypadały szybciej niż małe. Czasami bieliznę się gotowało, ale rzadko, opał trzeba było oszczędzać! Można było w ciepłe, letnie popołudnie widzieć na przyzbach chałup żony iskające mężów lub dzieci, a w czasie przerw w pracy iskające się wzajemnie. Sztyrowka–Leonidowka–Dymitrowka, 1940–46 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Wczesną wiosną zawiozła mnie moja matka, opatuloną w szmaty, na czymś, co miało zastąpić sanki, do sierocińca, w którym przebywały już moje siostry. Byłam nieprzytomna, chora na krwawą dyzenterię. Oprócz tego zachorowałam na malarię, której pozbyłam się dopiero w Polsce. Zachorowałam na tyfus plamisty, a później na dur brzuszny. Wtedy przychodziła do mnie do sierocińca jedna Rosjanka i pielęgnowała mnie. Przynosiła mi śmietankę i mówiła, że gdy wyzdrowieję, to weźmie mnie do swojego domu. Podczas odwiedzin ostrzegła mnie, że po tyfusie plamistym mogę wyłysieć. Bałam się okropnie. Dżuryn, wiosna 1945 [ZS 484]
Irena Wójcik (ur. 1933) – deportowana w sierpniu 1940 z Łomży do Dżurynu wraz z matką i dwiema siostrami (trzyletnią i sześcioletnią). Repatriowana wiosną 1947.

W 1940 roku w sierpniu wybuchła w naszej wsi epidemia biegunki – czerwonki, która zabrała wszystkie niemowlęta z całej wsi. Róża jedynie ocalała. Podczas tej strasznej epidemii zachorował również Wasylek. Dziecko słabło i umierało. Natasza nosiła go ciągle na rękach, a mimo to przychodziła do naszej chałupy i poiła Różę różnymi ziołami. Róża po trochu zaczęła zdrowieć, a Wasylek umarł. Byłam przy jego śmierci. Siemioziornaja, sierpień 1940 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Na jesieni, w październiku wybuchła epidemia tyfusu. Chorowało pół wsi naraz. W każdym domu była jakaś chora istota. O lekarzu i lekarstwach nikt nawet nie słyszał. Jedynym lekarstwem na wszystko były bańki (stawiane małymi metalowymi puszkami po konserwach), chinina i jakieś zioła zbierane na stepie. Siemioziornaja, październik 1940 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

No więc była epidemia tyfusu, straszliwa, ludzie leżeli w szkołach, no bo tam szpitala nie było, w szkole, w różnych budynkach administracyjnych. Ja byłam w domu. Miałam taki nietypowy tyfus, tzn. że nie miałam wysypki, bo plamisty wtedy panował. Mama chodziła do tego szpitalika prowizorycznego, wypożyczała tam lewatywy itd. Szło się do Rosjan, żeby dali troszeczkę zsiadłego mleka. Nie odmawiali nigdy. No i leżałam bez leczenia, bez lekarza. Dzisna, 1941 [AW I/263]
Teresa Huszcza (ur. 1930) – deportowana w kwietniu 1940 z Dzisny do Małej Władimirowkiej wraz z matką i nastoletnią siostrą. Repatriowana w 1946 roku.

W drugim roku naszego pobytu w Kazachstanie po raz pierwszy zachorowałem na malarię. Nie pamiętam, czy równocześnie zachorował ktoś z rodziny. Objawy i leczenie malarii znałem z książek podróżniczych, między innymi z W pustyni i w puszczy. Była to pierwsza w moim życiu jednostka chorobowa, samodzielnie rozpoznana i wyleczona. (Chininę otrzymywaliśmy z tamtejszego ośrodka zdrowia). W następnych latach chorowałem na malarię co roku, zawsze o tej samej porze, na przełomie maja i czerwca. Leonidowka, lato 1942 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

PATRIOTYZM, RELIGIA, TRADYCJA
Nadeszło Boże Narodzenie. Pierwsze święta na wygnaniu. Dostaliśmy z Grodna paczkę, a w niej… opłatek. Był też piernik i jeszcze jakieś smakołyki. Wieczór wigilijny wśród śniegów Syberii. Tak nieskończenie daleko od domu. […] Z mieszkania gospodarzy dochodził śpiew. Było już zapewne po wieczerzy. Śpiewano kolędy – „Cicha noc, święta noc”… w niemieckim języku. Zacisnęły się nam serca. W oczach przesuwały się Wigilie tamte… W ojczyźnie, w domu, wszyscy razem przy jarzącej się choince, przy suto zastawionym stole. Za drzwiami usłyszeliśmy ruch i w tej samej chwili izdebka zaludniła się. Z życzeniami i prezentami w postaci kiziaka weszli państwo Sawiccy, panie Chomiczowe, panna Ala, pani Kasia, pani Irena Redźkowa. […] Wspominaliśmy naszych bliskich, z którymi zły los nas rozdzielił. A potem wszyscy ulokowaliśmy się na naszym wyrku i śpiewaliśmy kolędy. Potem pieśni patriotyczne i wygnańcze – powstańcze z 1863 roku. Marzyliśmy głośno o Polsce, o powrocie, o wolności. Lubimowka, zima 1940 [ZS 870]
Halina Łupinowicz (ur. 1925) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Grodna do kołchozu Lubimowka wraz z matką i pięcioletnim bratem. Repatriowana w maju 1946.

Zbliżało się Boże Narodzenie 1945 roku. Mróz był coraz silniejszy, głód coraz większy. […] Wyszłam w południe wigilijnego dnia, aby wyprosić coś do jedzenia u ludzi. Musiałam ludziom dużo opowiadać, jak to w Polsce obchodzi się święta Bożego Narodzenia (ich święta są o dwa tygodnie później). Musiałam opowiadać, że w tym dniu nikt nie może być głodny, bo to grzech. Śpiewałam nasze polskie kolędy i niezmiennie prosiłam o coś z żywności. Jedni dawali, drudzy nie. Ale jakoś się uzbierało parę ziemniaków, trochę zmarzniętej kapusty, garść kaszy. […] Na wigilię zjadłyśmy po jednym pierożku, potem przytuliłyśmy się do siebie we cztery (aby było cieplej), a mama opowiadała nam, jak w jej dzieciństwie obchodzono wieczór wigilijny. […] W pewnej chwili sama nam zanuciła „Jezus malusieńki, leży wśród stajenki, płacze z zimna, nie dała mu Matula sukienki”. W tym miejscu Róża zdjęła z siebie łachman-sukienkę i powiedziała: „Matula mu nie dała, ale ja oddam Mu swoją, bo on jest taki malusieńki i jest mu bardzo zimno!”. Popłakałyśmy się wszystkie. W tym nieutulonym żalu usnęłyśmy. Siemioziornaja, grudzień 1945 [ZS 354]
Krystyna Trątnowiecka (ur. 1932) – deportowana 13 kwietnia 1940 ze Stanisławowa do wsi Siemioziornaja wraz z matką i dwiema siostrami (pięcioletnią i półtoraroczną). Repatriowana wiosną 1946.

Polska społeczność trzymała się razem. Oprócz tego, że te panie Stefanickie, jedna i druga, zmarły, to wszyscy z Polaków wrócili. Polacy musieli pracować przy pracach polowych w kołchozie. Rosjanie te swoje Woskresenia świętowali. Natomiast matka tylko swoich niedzieli przestrzegała. Tylko w swoje niedziele nie pracowała. A oni chcieli nawet, żeby matka szyła w niedziele nasze, a nie ich. Oni to przestrzegali te święta swoje. Polacy obchodzili Boże Narodzenie. To chyba wschodnia tradycja – na Boże Narodzenie kłaść słomę w mieszkaniu. To był raj dla dzieciaków, bo się tam wtedy dzieciaki bawiły. Tatianówka, 1940–46 [AW I/16]
Mirosław Babuchowski (ur. 1935) – deportowany w kwietniu 1940 z Milatyna do Tatianówki wraz z matką i siedmioletnią siostrą. Repatriowany wiosną 1946.

Wielkanoc na wygnaniu przechodziła jak każdy zwykły dzień. Tym razem jednak było inaczej. Przez parę dni nie wykupywałam swojej racji chleba (pajoku) i w Wielką Sobotę z triumfem przyniosłam cały bochenek, pieczony w formie przypominającej kształt babki. W sąsiednim baraku mieszkał pop, tak jak i my wywieziony. Poświęcił sól i jedno jajko, które nam podarował, i jedną przez siebie złowioną rybę. (Miał pozwolenie na łowienie ryb w odległym jeziorze). To była prawdziwie królewska uczta. Chleba w tym dniu mieliśmy pod dostatkiem. Kuszmurum, wiosna 1943 [ZS 870]
Halina Łupinowicz (ur. 1925) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Grodna do kołchozu Lubimowka wraz z matką i pięcioletnim bratem. Repatriowana w maju 1946.

Pierwsze zaduszki. Zaledwie pół roku pobytu na obcej ziemi, a już mamy na cmentarzu nasze polskie mogiły, pokryte grubą warstwą śniegu, który tu leży od października. Niektóre Polki mają przywiezione jeszcze z kraju lub przysłane w paczkach świece. Zapalono je na polskich mogiłach. Zwyczaj ten tu nieznany wzbudził wiele sensacji, a nawet strach, bo „mogiłki goriat”, co znaczy „cmentarz się pali”. […] W latach późniejszych nie palono już świec. Nie było ich nawet do zaświecenia w długie, zimowe wieczory. Priesnogorkowka, listopad 1940 [ZS 453] Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Tym, co spoczęli na stepach Sybiru… A w świecie jest mogił wiele. Jedne piękniejsze od drugich, Z granitu, kamienia, wśród kwiatów Strzelają pomnikiem ku górze. Są i mogiły ubogie Kopczyki z ziemi usypane, Z krzyżem żelaznym, drewnianym Wiązanką kwiatów przybrane. Lecz są i mogiły na świecie Na obcej nieludzkiej ziemi, Bez krzyża, bez znaku żałoby I tylko step szumi nad niemi. Są to mogiły wygnańców Skazanych przez los na zagładę Ich ciała wrzucone do ziemi Bez trumny, bez krzyża, bez znaku. Na próżno ich teraz szukać, Porosły stepową trawą Co w rytmie wiatru falując Żałobną piosenkę im śpiewa. Śpijcie spokojnie w tej ziemi Niech ona lekką wam będzie, Ja świeczkę tutaj zapalę. Wszak czynić to można wszędzie. Priesnogorkowka, 1940–46 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Wśród Polaków wysiedlonych ze Związku Radzieckiego panował oryginalny zwyczaj urządzania „wspominków” po wcześniej zmarłych członkach rodziny. Takie wspominki były zawsze połączone ze stypą, która była okazją do niezłej wyżerki, jako że i tam obowiązywała staropolska zasada „zastaw się, a postaw się”. Jedna z naszych pań widocznie obracała się w kręgach księżowskich, bo była zorientowana w sposobie odprawiania nabożeństwa. W reprezentacyjnym miejscu izby urządzono ołtarzyk ze świętym obrazkiem, umajonym kwiatkami, czasami z fotografią pakojnika [zmarłego]. Intonowała pieśni nabożne, odmawiała różaniec i modlitwy, zapalała i gasiła świeczki. Słowem, udawała księdza, co zresztą wychodziło jej zupełnie dobrze. Ja i mama zawsze byliśmy zapraszani na takie wspominki. Po przepisowych modłach, które zmęczony codzienną pracą przeważnie przesypiałem, odbywała się uczta. Jadło się za wczoraj, dziś i jutro. Przy czym kęsy nie zawsze wędrowały do buzi, a często do kieszeni czy za pazuchę. Trzeba pamiętać o braciach. Gospodarze na pewno to widzieli, ale to byli dobrzy ludzie i rozumieli nas. Często zresztą sami dawali nam to, co pozostało po uczcie. Dymitrowka, 1944 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Którymś z pociągów przyjechał ksiądz. […] Połowę naszego baraku zamieniliśmy w kaplicę. Uprzątnęliśmy i przystroiliśmy wspomnieniami naszej dawnej świetności. Jakiś kilimek, kawałki jedwabiu z sukien, zapomniana serwetka. Wszystko to służyło do upiększania i przystrojenia ołtarza. Ktoś postawił zachowaną kryształową, czerwoną cukiernicę, ona miała służyć jako kielich. Komunia święta – opłateczki krojone w trójkąciki. Nie było kieliszka ani szklaneczki, żeby nadać opłatkom okrągły kształt. […] I… doczekaliśmy się Mszy Świętej na obczyźnie. Cud! Nie da się opisać tego, co przeżywaliśmy. […] Rosjanie nie mogli wyjść z podziwu. Śluby, spowiedź, komunia święta i chrzty, wszystko to działo się na dalekich stepach Syberii. […] Rosjanie w wielkiej tajemnicy przynosili swoje maleństwa do chrztu. Ksiądz miał surowo zabronione jakiekolwiek porady czy posługi tutejszym. Nie potrafił jednak odmówić usilnym naleganiom i prośbom. Pierwszą Mszę Świętą uświetniła śpiewem pani Turczynowa – śpiewaczka operowa. Atbasar, lato 1941 [ZS 870]
Halina Łupinowicz (ur. 1925) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Grodna do kołchozu Lubimowka wraz z matką i pięcioletnim bratem. Repatriowana w maju 1946.

Po kilku miesiącach pobytu na obczyźnie zaczęły przychodzić pierwsze listy z kraju, a czasami nawet i paczki. […] Każdy list był wielokrotnie czytany, a nawet w odpisach przekazywany do Polaków zamieszkałych w innych miejscowościach. W listach przekazywano nam również inne informacje w sposób sprytnie ukryty w treści listu. Wiedzieliśmy o różnych egzekucjach, rozstrzelaniach, a nawet i o Katyniu. […] Czasami docierały do nas listy z zagranicy, lecz nie z Polski, a z innych krajów. Listy te krążyły w odpisach z wioski do wioski, a czytano je przeważnie w stepie, w ukryciu przed władzami rosyjskimi. Mimo to dokładnie wiedzieli, kiedy Polki były w stepie czytać list, a kiedy szły się pomodlić wspólnie. Priesnogorkowka, 1940–46 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

Okazało się, że wysiedleńcy przywieźli ze sobą sporo książek, które przez cały czas pobytu na Syberii intensywnie kursowały we wsi i między wsiami. Oczywiście bardzo pieczołowicie chronione. Czytało się przeważnie na głos i przy lampce. Tak przeczytaliśmy Quo vadis, Trylogię, Krzyżaków Sienkiewicza, wiele książek Prusa, Reymonta i innych autorów. Raz nawet trafiłem na Marczyńskiego. […] Otrzymywaliśmy także prasę polską, początkowo z Londynu, a potem wydawaną przez Związek Patriotów Polskich. Gazety niezależnie od źródła były niesłychanie cenne, bo podtrzymywały na duchu i wzmacniały wiarę w powrót do Kraju. Gazeta z Londynu nosiła tytuł „Orzeł Biały”. […] Na początku 1941 roku, ale przed wybuchem wojny radziecko-niemieckiej, dowiedziałem się o jakiejś masakrze Polaków. Dosłownie mi powiedziano: „naszi waszich mnogo ubili”. Nie zwróciłem na to większej uwagi. Dopiero gdy ujawniła się sprawa Katynia, zacząłem domyślać się, że może właśnie o to chodziło. Sztyrowka–Leonidowka, 1940–41 [ZS 345]
Ryszard Klas (ur. 1925) – deportowany 13 kwietnia 1940 z Wołkowyska do wsi Sztyrowka wraz z matką i dwoma braćmi (pięcioletnim i czteroletnim). Repatriowany 10 kwietnia 1946.

Moja mama zaprzyjaźniła się z państwem Stawiarskimi. Wyciągnięto ją do pracy. Pisała obrazki sceniczne, które za zezwoleniem władz wystawiała w miejscowym Domu Kultury. Były to: Kapłanka Słońca, Dama z Portretu, Gaz 213, Królowa Sybiru i Sklep z zabawkami. Aktorzy, to my, amatorzy. Kostiumy robione własnym przemysłem ze szczątków dawnej świetności. Dekoracje trochę z Domu Kultury, trochę robione z papieru, kartonu. […] Pierwsze przedstawienie 3 maja 1942. Pełna sala. W pierwszych rzędach władze miasta, NKWD. Oklaski, gratulacje. Obrazki sceniczne pisane przez mamę były jak najbardziej patriotyczne. Pomimo to NKWD złożyło podpis i pieczęć cenzury. Atbasar, kwiecień–maj 1942 [ZS 870]
Halina Łupinowicz (ur. 1925) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Grodna do kołchozu Lubimowka wraz z matką i pięcioletnim bratem. Repatriowana w maju 1946.

Młodzi chłopcy bardzo chętnie odchodzili do kościuszkowców [armii Berlinga], bo to było wyrwanie się z obozu. […] Wyrywali się, jak mogli, tym bardziej, że do polskiej armii! Dla nas nie było rozróżnienia, że to armia Andersa, a to armia kościuszkowska. To była armia polska! Ludzie nie bardzo patrzyli wówczas na ideologię. Wierzyliśmy, że dojedziemy do tej wspaniałej Polski, o której opowiadały nam matki. Ja mało pamiętałam z Polski – byłam dzieckiem – więc głównie matki mówiły, jaki to wspaniały kraj, jacy Polacy to cudowni ludzie. Tu jest nędza, smród, brud, a w Polsce jest cudownie. Przecież to matki krzewiły wśród nas polskość. […] Młode dziewczyny również mogły dostać się do armii. Starszych kobiet ani obciążonych dziećmi nie brano. Jednak nie pamiętam przypadku, żeby od nas jakieś dziewczęta pojechały. Jesyl, 1943 [AW I/251]
Lidia Teresa Cholewińska (ur. 1930) – deportowana 13 kwietnia 1940 z Baranowicz do Pietuchowa wraz z matką i nastoletnim bratem. Repatriowana w kwietniu 1946.

Kolejny błysk nadziei związany był z wieścią o powstaniu na terenie Związku Radzieckiego Związku Patriotów Polskich, który między innymi postawił sobie za cel walkę o powrót Polaków do kraju. Wprawdzie nadal byliśmy obywatelami rosyjskimi, nadal mieliśmy paszporty rosyjskie, jednak fakt istnienia organizacji polskiej budził nadzieję. Po wszystkich wsiach zaczęto organizować koła Związku Patriotów Polskich. Zaczęły się odbywać oficjalne zebrania, na których początkowo bardzo oględnie i nieśmiało, ale zaczęto marzyć o powrocie do kraju. […] Kolejnym aktem było zezwolenie władz rosyjskich na rozpoczęcie nauczania w języku polskim. Wśród Polek zamieszkałych w Presnogorkowce była nauczycielka pani Mita (pełne imię Mieczysława Litońska), która jako przewodnicząca koła ZPP otrzymała pozwolenie na nauczanie w języku polskim. Była to wprawdzie znikoma liczba godzin w tygodniu, ale znaczyła wiele. Na lekcje te oprócz jej dwóch synów uczęszczałam również ja, rodzeństwo Alfreda i Alfons. Ja wprawdzie nauczyłam się wcześniej czytać z książeczki do nabożeństwa, którą mama zabrała ze sobą na Sybir – nie umiałam jednak pisać po polsku, a jedynie w języku rosyjskim. Dlatego też lekcje te bardzo mnie się przydały. W rezultacie po powrocie do kraju pozwoliły na kontynuowanie nauki od trzeciej klasy. Priesnogorkowka, wiosna 1943 [ZS 453]
Mieczysława Błażko (ur. 1935) – deportowana w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka wraz z matką. Repatriowana w maju 1946.

1942, Januszewka, Kazachska SRR. Polacy deportowani do Kazachstanu między grobami swoich bliskich

20 kwietnia 1943, Merke, Dżambulska obł., Kazachska SRR. Grób Władysława Malisza i jego żony Marii zmarłych w 1942 roku. Przy grobie ich dzieci. Fotografię wykonała miejscowa rosyjska Niemka, domalowując na negatywie krzyż, gdyż prawdziwy krzyż drewniany został trzy dni po pogrzebie skradziony. Grób na starym zniszczonym rosyjskim cmentarzu, na końcu którego Polacy mogli chować swoich rodaków. W tle góry Tien-Szan. Rodzina Maliszów została deportowana z Podbrodzia w województwie wileńskim 14 czerwca 1941

24 grudnia 1940, Mołotowskij sowchoz, Kazachska SRR. Pierwsza Wigilia na zesłaniu. Zdjęcie wykonano w baraku nr 13

Zeszyt do języka polskiego Mieczysławy Błażko, deportowanej w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka. Autorka pisze: „Zeszycik zrobiony był z różnych druków i kart książki, jakie udało mi się zdobyć. Pierwsza kartka-okładka służyła najpierw za okładkę do zeszytu szkolnego. Napis «Tetrad po arimietikie» wykonany był atramentem sporządzonym z sadzy rozpuszczonej w mleku, natomiast zapisy w zeszyciku wykonane atramentem zrobionym z rozpuszczonego w wodzie ołówka chemicznego. Ołówki takie przysyłali w paczkach z Polski lub Niemiec swoim rodzinom rosyjscy żołnierze”

Zeszyt do języka polskiego Mieczysławy Błażko, deportowanej w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka. Autorka pisze: „Zeszycik zrobiony był z różnych druków i kart książki, jakie udało mi się zdobyć. Pierwsza kartka-okładka służyła najpierw za okładkę do zeszytu szkolnego. Napis «Tetrad po arimietikie» wykonany był atramentem sporządzonym z sadzy rozpuszczonej w mleku, natomiast zapisy w zeszyciku wykonane atramentem zrobionym z rozpuszczonego w wodzie ołówka chemicznego. Ołówki takie przysyłali w paczkach z Polski lub Niemiec swoim rodzinom rosyjscy żołnierze”

Zeszyt do języka polskiego Mieczysławy Błażko, deportowanej w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka. Autorka pisze: „Zeszycik zrobiony był z różnych druków i kart książki, jakie udało mi się zdobyć. Pierwsza kartka-okładka służyła najpierw za okładkę do zeszytu szkolnego. Napis «Tetrad po arimietikie» wykonany był atramentem sporządzonym z sadzy rozpuszczonej w mleku, natomiast zapisy w zeszyciku wykonane atramentem zrobionym z rozpuszczonego w wodzie ołówka chemicznego. Ołówki takie przysyłali w paczkach z Polski lub Niemiec swoim rodzinom rosyjscy żołnierze”

Zeszyt do języka polskiego Mieczysławy Błażko, deportowanej w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka. Autorka pisze: „Zeszycik zrobiony był z różnych druków i kart książki, jakie udało mi się zdobyć. Pierwsza kartka-okładka służyła najpierw za okładkę do zeszytu szkolnego. Napis «Tetrad po arimietikie» wykonany był atramentem sporządzonym z sadzy rozpuszczonej w mleku, natomiast zapisy w zeszyciku wykonane atramentem zrobionym z rozpuszczonego w wodzie ołówka chemicznego. Ołówki takie przysyłali w paczkach z Polski lub Niemiec swoim rodzinom rosyjscy żołnierze”

Wiersz Mieczysławy Błażko, deportowanej w kwietniu 1940 ze Stanisławowa do wsi Priesnogorkowka

3 sierpnia 1945, Kara-guga, Wostocznokazachska obł., Kazachska SRR. Polki na zesłaniu w Kazachstanie

Protokół sporządzony przez Janinę Ejgierd, deportowaną 28 czerwca 1940 z Równego do miasta Marżakul

1945, Kaczyry, Pawłodarska obł., Kazachska SRR. Pracownia krawiecka Związku Patriotów Polskich

Audioteka
    Ostatnia Stacja

    Więcej materiałów dotyczących życia zesłanych w Kazachstanie można znaleźć w Archiwum Wschodnim Ośrodka KARTA, w internetowej bazie Archiwum Fotografii Ośrodka KARTA (www.foto.karta.org.pl) oraz w Archiwum Historii Mówionej (www.audiohistoria.pl). Zachęcamy także do kolekcjonowania cennych wspomnień swoich bliskich (fotografii, dzienników, nagranych relacji, dokumentów życia społecznego). Tego rodzaju opowieści „zwykłych ludzi” gromadzą archiwa społeczne, których Ośrodek KARTA jest rzecznikiem. Więcej informacji o archiwach społecznych dostępnych jest na stronie: www.archiwa.org.

    Zwiększenie zasobów źródłowych Biblioteki Cyfrowej Ośrodka KARTA – digitalizacja i upowszechnienie czasopism II obiegu oraz przygotowanie 4 prezentacji tematycznych „Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela”, „Pomoc Zachodu dla Polski – Szwecja”, „Polacy w Kazachstanie”, „Internowania” – zadanie finansowane w ramach umowy 576/P-DUN/2017 ze środków Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego przeznaczonych na działalność upowszechniającą naukę.
    Opracowanie merytoryczne: Agata Koprowicz
    Projekt graficzny: Jakub Rosiński